sobota, 25 października 2014

Rozdział Czwarty

Spałam jak zabita całą noc. A rano... Odwieczne prawo mówi: "Nic tak nie zrzuca z łóżka o 7, gdy na zegarku jest 8". Trzeba przyznać, że wyjątkowo trafione, prawda? Dlatego, gdy zauważyłam, która jest godzina, musiała minąć chwila, zanim uświadomiłam sobie, że właśnie zaczyna się polski. Z łóżka niemal wyskoczyłam i w pierwszym nawyku chciałam zakładać kalosze, żeby iść do stajni. Potem uświadomiłam sobie, że nie mam na to czasu, więc z szafy wyjęłam spodnie i koszulkę, po czym poszłam do łazienki. Gdy wyszłam z pomieszczenia i schodziłam do kuchni, dotarło do mnie, że przecież jeszcze muszę obudzić Azazela. Weszłam do tymczasowego pokoju chłopaka. Na palcach podeszłam do jego łóżka.
-Bu! - powiedziałam do jego ucha, równocześnie łapiąc go za ramiona.
-Nie śpię już. - wymamrotał. - A poza tym, następnym razem jak będziesz mnie straszyć, to się nie perfumuj. - dodał nieco głośniej z uśmiechem.
-Zdajesz sobie sprawę, że właśnie nam mija polski?
-Tak. Zdawałem sobie z tego sprawę, gdy wyłączałem ci budzik.
-Wyłączyłeś mi budzik?!
-A po co w piątek iść do szkoły. Nie lepiej poleżeć sobie? - wymamrotał kuszącym, niskim tonem. Wyciągnął ręce i przyciągnął mnie do siebie. - Proszę cię, Ann... wiem przecież, że nie chce ci się iść do szkoły. - kusił dalej.
-Ale..
-Nie ma żadnego ale - rzekł i objął mnie ramionami.
-Jest. - wyrwałam się. - Właśnie zaczynają się lekcje i mam zamiar jechać do szkoły. Z tobą czy też nie.
Wszyscy, którzy mnie znali, wiedzieli, że naukę mam w głębokim poważaniu. Azazel także to wiedział, dlatego zdziwił się po moich słowach. W sumie to sama nie wiem, dlaczego akurat teraz zależało mi na frekwencji. Może po prostu nie chciałam, by sprawy z chłopakiem zaszły za daleko...
-Annabeth - zaczął, zdezorientowany - nigdy ci tak na tym nie zależało... - dokończył. Miałam wrażenie, że słyszę urazę w jego głosie. Usiadł na łóżku, a ja obok niego. Spojrzałam prosto w jego oczy i dostrzegłam coś dziwnego. Wyjęłam z kieszeni telefon i włączyłam lampę. Zaświeciłam mu prosto w oczy. 0 reakcji.
-Połóż się. Już. - rozkazałam ostro. Azazel posłusznie się położył. Przyniosłam z kuchni szklankę wody i niemal wlałam mu tą wodę do gardła.
-Patrz na mnie. - zrobił to posłusznie. - Co robiłeś w nocy?
Spojrzał na mnie głupio.
-Pytam się! Co robiłeś w nocy?
-Noo...
-Mów! - rzuciłam ostrym tonem.
-Wyszedłem na spacer....
-Jadłeś coś? Albo piłeś?
-Taaak...
-Cholera. - mruknęłam. - Co jadłeś?
-Bułkę....
-W domu?
-Nie... - jego ton coraz bardziej mnie niepokoił.
-Połóż się. - rozkazałam i poszłam po laptopa. Zaczęłam szukać czegokolwiek o tym, co się mogło z nim dziać. Nic nie pasowało. Odłożyłam komputer i usiadłam na brzegu łóżka. Chłopak zaczął mnie dotykać ręką i coś mamrotać.
-Co jest z tobą nie tak? - mruknęłam. Cały czas mnie martwił jego stan. Schyliłam głowę i zaczęłam się zastanawiać, gdy poczułam nagły powiew wiatru. Podniosłam wzrok, który od razu spostrzegł karteczkę. Serce podeszło mi do gardła, jednak wstałam, aby ją wziąć. Zrobiło mi się niedobrze.


"Hej, hej! Tu znowu ja!
Gratuluję upartości. Nie dałaś się ponieść emocjom, gdy Azazel się do Ciebie dobierał. Cóż, trudno.
Zapewne się zastanawiasz, co się z nim dzieje. Mogę Ci powiedzieć, a nawet dać odtrutkę. Tylko pojaw się sama w południe przy opuszczonym domu Carverów.
Czekam!"


Przez kilka minut wpatrywałam się w karteczkę. Musiałam oprzeć się o półkę, żeby nie upaść.
Iść? Czy nie iść?
Musiałam iść.
-Leż tutaj, ja idę do stajni.
-Chcę iść z tobą. - oznajmił.
-Masz tu leżeć.
-Z tobą bym mógł. Bez ciebie nie ma mowy.
Westchnęłam.
-Dobra, możesz iść. Ale masz robić wszystko, co ci będę kazać. Jak nie to siłą cię tu zaciągnę i przywiążę do tego łóżka.
-Tak jest!
Przewróciłam oczami i poszłam do siebie się przebrać. Wyszłam z pokoju, a chłopak zlustrował mnie wzrokiem.
-Nawet w roboczym stroju wyglądasz seksownie.
Spojrzałam na niego, przewracając oczami. Zeszłam na dół i wyszłam na świeże powietrze. Azazel posłusznie za mną dreptał, aż do samej stajni. Ukradkiem zerknęłam na zegarek. Zostały mi 2 godziny do spotkania. Na samą myśl moje serce szybciej biło.
Zamrugałam kilka razy, wzięłam głęboki wdech i weszłam do stajni. Od razu usłyszałam radosne rżenie, a najgłośniejsze oczywiście Delliory.
-Hej, młoda. - mruknęłam, głaskając ją po chrapach. -Tak wiem, dzisiaj później śniadanie, ale cóż... tak wyszło.
Szybko nakarmiłam konie, łącznie z Milordem, który stał na samym końcu. Azazel cały czas przy nim siedział. Może nawet lepiej...
Wyprowadziłam Dell na zewnątrz, przypinając w międzyczasie lonżę. Przeszłyśmy kawałek, a ja zaczęłam ją ganiać w koło. Widziałam, że jest znudzona, dlatego utrudniłam jej nieco zadanie. Ustawiałam jej coraz to wyższe przeszkody, aż doszło do 1,20 m. Byłam z niej dumna.
Ze stajni wychylił się Azazel. Wpatrywał się, jak pracuję z klaczą przez bardzo długi czas. Obserwował czujnie, jak powtarzam z nią sztuczki i figury ujeżdżeniowe.
Gdy skończyłam, uświadomiłam sobie, że zostało mi 10 minut. Cholera! Samo dojście zajmie mi z 20!
-Azazel... Nie chciałbyś może zająć się swoim koniem? Ja w tym czasie wybrałabym się na przejażdżkę z Dell... - zaczęłam coś mówić, byle nie chciał jechać ze mną. A widziałam, jak się wpatrywał we mnie, więc miałam nadzieję, że będzie chciał również poćwiczyć.
-No dobrze... - mruknął. Szybko wytłumaczyłam mu kilka rzeczy i bez siodła w galopie opuściłam posesję.
Po kilku minutach zaczęłam dostrzegać moje miejsce docelowe. Pospieszyłam Delliorę. Dojechałam i tak spóźniona, a do tego spięta. Zatrzymałam się przy głównej bramie domu.
-Halo? - zawołałam, o dziwo w miarę pewnym głosem. Rozglądałam się wokół, jednak nikogo nie spostrzegłam.
-Jest tu kto?! - zawołałam jeszcze raz.
Cisza.
Ale tylko na chwilę.
-Oczywiście, kochanieńka! - odpowiedział ktoś, niskim tonem, z udawaną słodyczą.
Przestraszyłam się nie na żarty. Dziwiło mnie, że klacz stoi spokojnie. Sam jego ton był przerażający...
-Gdzie jesteś?
-Tutaj. - usłyszałam tuż obok mnie. Odwróciłam się gwałtownie, dostrzegając przerażające czarne oczy. Zabrało mi dech w piersi. Przechyliłam się na bok, spadając z grzbietu Dellie na ziemię. Zaczęłam się czołgać po piachu, byle jak najdalej od tych czarnych tęczówek.
Tajemniczy mężczyzna jednak jednym susem pojawił się obok mnie i złapał za rękę. Brutalnie mnie podniósł.
-A teraz grzecznie ze mną wejdziesz do środka. - powiedział, niby spokojnie, jednak i tak miałam wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi.
-Ja tu przyszłam jedynie po informacje i odtrutkę...
-Ale myślisz, że to będzie za darmo? - zaśmiał się, jednak nie był to przyjemny śmiech. Zmroziło mi krew w żyłach. - Pójdziemy, usiądziemy i porozmawiamy na spokojnie.
Kto jak kto będzie spokojny - przeleciało mi przez myśl.
Nie miałam innego wyboru, musiałam iść. A ostatnie, co pamiętam, to czarne, przenikliwe oczy, wpatrujące się we mnie...




Zajęło mi to chyba miesiąc, ale nareszcie jest :D
Dzięki wszystkim, którzy się udzielają :)


Następny rozdział dodam jak napiszę i jak będzie kilka komentarzy ^^