czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozdział Drugi

Kolejny dzień zaczął się jak każdy wcześniejszy. Wstałam koło 6, ubrałam się, napiłam kawy i poszłam do stajni. Nakarmiłam konie, patrząc przy okazji, czy nic im się nie stało. W końcu wypadki mogą się przydarzyć zawsze. Nie zauważając nic specjalnego, poszłam znów do domu. Wraz z rodzicami zjadłam śniadanie, naszykowałam się do szkoły, uświadamiając sobie, że nie zrobiłam lekcji. Ups, trudno. Przepisze się na przerwie. Gdy byłam gotowa poszłam do garażu, by jak co dzień przywitać się z moim motocyklem. Wzięłam kask, założyłam go. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Zauważyłam, że bak prawie pusty. Oj tam, dojadę do szkoły, w drodze powrotnej zatankuję. Wyjechałam na drogę i pojechałam, oczywiście niezbyt szanując zasady ruchu drogowego. Ale kto w takim zadupiu szanowałby te zasady? A poza tym, zasady są po to, by je łamać, nieprawdaż?
Zaparkowałam na parkingu, zdjęłam kask i przeczesałam ręką włosy.
-Hej. - usłyszałam za sobą znajomy głos. Odwróciłam się. Przed moimi oczami ukazał się chłopak z mojego pokoju. - To tak teraz przyjeżdża się do szkoły?
-Nie, tak przyjeżdżają tylko ci najlepsi. - mruknęłam. Mimo jego nieziemskiego wyglądu, nie lubiłam go. Stanowczym krokiem ruszyłam w kierunku szkoły. On poszedł za mną i złapał mnie za ramię, gdy stałam przy wejściu. Kilka dziewczyn wpatrywało się we mnie z zazdrością w oczach. Ha, czyli jednak jest jakiś plus pojawienia się go tutaj.
-Poczekaj. Musisz zrozumieć, że w najbliższym czasie będziemy się dużo częściej spotkać, więc radze ci przyzwyczaić się do mnie. - po tych słowach poszedł do szkoły, a ja za nim. W szafce zostawiłam kilka książek i poszłam pod klasę. Nie zdążyłam usiąść, gdy zadzwonił dzwonek.
-Hej, Ann! - usłyszałam wołanie. Odwróciłam się do mojej najlepszej przyjaciółki - Hanny. Uśmiechnęłam się do niej, a ona szturchnęła mnie łokciem.-Co to był za przystojniak przed szkołą?
Jej ton wyraźnie żądał wyjaśnień, ze wszystkimi szczegółami. Uświadomiłam sobie, że nie wiem, jak on ma na imię. Gdy powiedziałam to Han, zaśmiała się.
-Serio? Wyglądaliście, jakbyście znali się od lat! - oznajmiła.
-Tak naprawdę znam go od wczoraj. - tylko tyle powiedziałam, bo potem przyszła nauczycielka. Weszłyśmy do klasy i usiadłam na swoim miejscu, jak zawsze sama. Po chwili do klasy ktoś gwałtownie wszedł. Podniosłam wzrok i ujrzałam go.
-O proszę, nasz spóźnialski. - rzekła wychowawczyni. - Poznajcie proszę waszego nowego kolegę, Azazela.
Gdy nauczycielka wypowiedziała jego imię, część klasy zaczęła się cicho śmiać.
-Cisza! - krzyknęła. - Azazelu, usiądź proszę tam na końcu klasy. - rzekła i wskazała miejsce obok mnie. Zacisnęłam zęby i spojrzałam na niego. Usiadł obok, rzucając torbę na ziemię.
-Serio musiałeś się tu przepisać?! - syknęłam do niego. - A tak poza tym, będąc w dzisiejszych czasach, mógłbyś wybrać nieco mniej wyróżniające się imię.
-Mówiłem ci, że będziemy się częściej widywać. - drugą uwagę puścił mimo uszu.
Mruknęłam coś pod nosem i odwróciłam się od Azazela. Po drodze spotkałam wzrok Han. Uśmiechnęła się znacząco, a ja chciałam już jej pokazać środkowego palca. Wiedziałam, co myślała.
Reszta lekcji minęła normalnie, o ile tak można nazwać towarzystwo kilkuset letniego chłopaka na każdych zajęciach.
W końcu skończyła się ostatnia lekcja. Wyszłam szybko ze szkoły i już miałam jechać, gdy ktoś położył rękę na moim ramieniu. Myślałam, że to kolejny fan motoryzacji, który chce się spytać o moją maszynę. Westchnęłam i odwróciłam się.
-Co chcesz wiedzieć? - mruknęłam, jednak uświadomiłam sobie, że to Azazel.
-Najlepiej to twoje imię, bo jeszcze się nie dowiedziałem.
-Annabeth. - przewróciłam oczami.
-Ładne imię. - odrzekł.
-Dzięki. - powiedziałam. - Mogę już jechać?
-Ze mną zawsze.
-A bez ciebie? - znów przewróciłam oczami.
-Nie.
-No to masz problem. - uśmiechnęłam się złośliwie, założyłam kask i wsiadłam. Odpaliłam motocykl, gdy on usiadł za mną. Odwróciłam się.
-A co ty odwalasz? - spytałam przez kask.
-Jadę z tobą.- już miałam zaprotestować, gdy nagle wpadł mi do głowy pomysł.
-Okey. - odrzekłam, jakby nigdy nic. Dodałam gazu i podniosłam przednie koło przy ruszaniu. Usłyszałam krzyk i cichy łomot. Odwróciłam się, a na ustach, choć nie było tego widać przez kask, miałam triumfujący uśmiech.
-Ojej, chyba nie wytrzymujesz mojego tempa. - zaśmiałam się i odjechałam z piskiem opon. Nawet nie wiedziałam, dlaczego go tak nie lubię. Niby nie zrobił mi nic złego... Azazel coś tam jeszcze krzyczał, ale ja go już nie słuchałam.
Byłam w połowie drogi, jadąc oczywiście kilka razy za szybko, gdy coś uderzyło we mnie. Nie wiedziałam, co się dzieje. Straciłam panowanie nad maszyną i moja pierwsza myśl - znowu umrę z głupiego powodu. Nie miałam szans na ratunek. Pogodziłam się już z tym i przygotowałam na kolejną śmierć. Ale zamiast tego nastała ciemność.
Otworzyłam najpierw jedno oko. Potem drugie. I tak mi to nic nie dało, bo otaczała mnie ciemność. Podniosłam się, a obok mnie leżała kromka chleba i szklanka wody. W pomieszczeniu panował półmrok, więc musiałam odczekać chwilę, zanim wzrok przyzwyczaił się do tego.
Byłam w niewielkim pokoju, jedynie z łóżkiem i małym stoliczkiem. Moja torba wciąż tu była, telefon miałam w kieszeni. Wyjęłam go, jednak nie miałam zasięgu. Świetnie. Wstałam i podeszłam do drzwi. O dziwo, były otwarte. Po cichu poszłam korytarzem, gdy usłyszałam rozmowę:
-...wypuścić.-usłyszałam głos pierwszego mężczyzny
-Chyba cię pogrzało. - drugi mężczyzna się odezwał.
-Widziałeś przed szkołą, kogo jej przydzielili?
-Tak, i co z tego?
-Azazel jest najsilniejszym ochroniarzem w gwardii. - po tych słowach miałam ochotę się roześmiać w cały głos. Cudem się chyba powstrzymałam. Najsilniejszy ochroniarz, a na motocyklu nie umie się utrzymać! No błagam was!
-Ale jakbyś nie zauważył, to go tutaj nie ma.
-Ale jak przybędzie, to powstanie niemały problem.
Zaraz potem zaczęli szeptać. Usłyszałam szurnięcia krzeseł. Przestraszyłam się i poszłam szybko do siebie. Zamknęłam cicho drzwi i zdążyłam usiąść na łóżku, gdy jeden z mężczyzn otworzył je gwałtownie.
-Zabieraj rzeczy i chodź. - warknął. Zabrałam torbę i poszłam posłusznie za nim. Prowadził mnie przez masę korytarzy. W końcu znaleźliśmy schody w górę. Weszliśmy na górę, a na ich szczycie były drzwi. Otworzył je, a słońce oślepiło mnie. Przymrużyłam oczy i zobaczyłam swój motocykl, bez żadnej ryski
-Jedź. Ale to już. - mruknął i zatrzasnął drzwi. Podeszłam do maszyny. Na siedzeniu był kask, w nienaruszonym stanie. Nie zastanawiałam się nad tym długo. Bak był pełny, co mnie bardzo zdziwiło. Założyłam kask i wsiadłam. Odpaliłam motor i ruszyłam. Nie wiedziałam, gdzie jechać, więc skierowałam się tam, gdzie serce mi kazało. Po dłuższej chwili jazdy oprócz ryku mojego motocykla, usłyszałam inny motor, który po krótkiej chwili mnie wyprzedził. Już chciałam go z gracją minąć i wbijać kolejny bieg, gdy on nagle się przede mną zatrzymał. Z piskiem opon zahamowałam. Zdjęłam kask i zaczęłam wrzeszczeć. Musiałam dać upust swoim uczuciom.
-Pochrzaniło cię do reszty?! Nie wiesz, jak się jeździ? To nie jeźdź wcale!
-Annabeth, uspokój się. - mruknął ktoś spod kasku, Oczywiście dość znajomy głos. Mój ukochany kolega z ławki!
-Azazel?! - spytałam i prychnęłam. Już zaczęłam zakładać kask, by pojechać dalej, gdy on złapał mnie za ramię.
-Nie powinnaś tak ryzykować. Miałaś szczęście, że widzieli cię ze mną.
-Szczęście. - ponownie prychnęłam. Założyłam kask i odjechałam, z szaloną prędkością. Nie wiedziałam, gdzie jadę, jednak po kilku, może kilkunastu minutach, zaczęłam rozpoznawać okolicę. Dotarłam w końcu do domu, jednak było bardzo późno. Rodzice spokojnie spali, co mnie zdziwiło. Zwykle troszczyli się o mnie, a każdą minutę spóźnienia wypominali mi przez następny miesiąc. Poszłam do siebie, rzuciłam torbę i położyłam się na łóżku.
-Ale dziwny dzień... - wymamrotałam. A co najlepsze, nie wiedziałam, że najdziwniejsze przede mną.



Dziękuję wszystkim, którzy się udzielali :)
Teraz postawię Wam to samo zadanie - 8 komentarzy!


PS: Przepraszam, że tak późno, ale wiecie, wakacje, wyjazdy... Jednak w końcu napisałam :D

środa, 6 sierpnia 2014

Rozdział Pierwszy

Jechałam konno po pięknym, zielonym lesie, w otoczeniu zwierząt. Wokół było słychać jedynie dźwięki lasu. Deliora, moja ukochana klacz, nie reagowała na dzikie zwierzęta, które biegały pośród lasu. Było to dość dziwne, ponieważ moja kobyłka zwykle jest dość nerwowa. Zamknęłam oczy i położyłam się na jej grzbiecie, pozwalając, by niosła mnie w siną dal. Byłam w swego rodzaju raju. Chciałabym zostać tam wiecznie.
Nagle moje uszy wypełniło dzwonienie budzika. Otworzyłam oczy szeroko. Moim błękitnym oczom ukazał się szary sufit mojego pokoju. No tak, kolejny piękny sen. Wyjrzałam przez okno, patrząc na stajnię. Była może 6 nad ranem, ale ja jestem przyzwyczajona do wczesnego wstawania. Ubrałam się szybko, założyłam kalosze, bryczesy i jakąkolwiek koszulkę. Zeszłam na dół, ziewając głośno. Wszyscy jeszcze spali. Wypiłam szybko kawę i po chwili biegłam już do stajni, gdzie stała moja kobyła. Gdy tylko uchyliłam drzwi, wpuszczając nieco światła do boksów koni, Deliora już czuwała ze swym czarnym łbem. Zarżała radośnie; zawsze tak reagowała. Dołożyłam jej siana do boksu. Patrzyłam, jak łakomie zżera swoje jedzenie. Rzuciłam jej marchewkę do boksu i poszłam nakarmić Kaniona, który należał do taty, oraz Rapsodię, klacz mamy. Z tego wszystkiego sama zgłodniałam, więc pobiegłam znów do domu. Zjadłam śniadanie, naszykowałam się do szkoły, spędzając w łazience pół godziny. W końcu szkolna gwiazda musi dobrze wyglądać. Poszłam zaraz potem do garażu i wsiadłam na mojego innego konia - mechanicznego. Założyłam kask na głowę i pojechałam do szkoły. Wiele osób, najwięcej chłopaków, zazdrościło mi mojego motocykla. Ale co poradzę, że lubię konie? I te mechaniczne i te żywe. A najlepsze jest to, że dziki pęd mojej maszyny, idealnie układa mi włosy.
Dzień w szkole należał do kolejnych nudnych dni. Kartkówki, sprawdziany... Taka norma. Po kilku godzinach męczarni nadeszła kolej na ostatnią lekcję - chemię. Usiadłam pod klasą, gdy podszedł do mnie Eryk.
-To co, dzisiaj to co zwykle? - spytał, z przebiegłym uśmiechem.
-Oczywiście, nie odpuszczę tej wrednej babie. - mruknęłam.
Zadzwonił tak dobrze nam znany dzwonek. Przyszła nasza chemiczka, idealnie wyprostowana, trzymając dziennik w ręce. Wpuściła nas do klasy, usiadłam w ostatniej ławce, gdy ona się odezwała:
-Panna Annabeth usiądzie dzisiaj w pierwszej ławce.
-Chyba pani śni. - odrzekłam, patrząc na nią spod przymrużonych powiek. Położyłam torbę na biurku i rozpakowałam książki, rzucając je z hukiem.
-Nie zamierzam powtarzać. - powiedziała oschle nauczycielka.
-Ja także. - i usiadłam w ławce. Wyjęłam pilniczek do paznokci i zaczęłam je piłować. Rzecz jasna, robiłam to tylko po to, by ją zdenerwować.
Nienawiść między nami tylko się pogłębiała. Nigdy jej nie polubię.
-W takim razie zapraszam cię do odpowiedzi na środek. Bez poprawy.-odrzekła.
Wstałam godnie z ławki. Przeszłam przez całą klasę, a wszyscy skupili wzrok na mnie i chemiczce.
-Chciałabym zauważyć, że nie pozwoliłam pani zwracać się do mnie na "ty". - odpowiedziałam. Wojna pomiędzy mną a nauczycielką trwała od pierwszego dnia.
Zaczęła mi zadawać pytania na temat chemii. Na wszystko znałam odpowiedź, a raczej znała ją moja ściąga na ręce. Wiedziałam, że pójdę do odpowiedzi, więc się przygotowałam. Udając, że wciąż piłuję te paznokcie, tak naprawdę czytałam odpowiedzi. Naiwna nauczycielka nie zauważyła tego.
-Siadaj. - rzekła w końcu.
-A co dostałam? - zapytałam, z udawaną słodyczą w głosie.
-Piątkę. - wymamrotała wyraźnie zdenerwowana chemiczka. Tak, udało mi się.
Reszta lekcji minęła zwyczajnie, ja miałam ją gdzieś i ona mnie. Gdy zadzwonił dzwonek już mnie nie było w sali.
W szatni złapał mnie Eryk.
-Klasa dziewczyno! - powiedział, uśmiechając się szeroko. - To było epickie!
-Dzięki. - rzuciłam, uśmiechając się lekko. Wyszłam na parking przed szkołą i podeszłam do mojego motocykla. Założyłam kask i już miałam ruszać, gdy dostrzegłam karteczkę, doczepioną do stacyjki. Zmarszczyłam brwi i przeczytałam, co na niej pisze:

"Uważaj, bo Twoja zbytnia pewność siebie kiedyś może Cię zgubić.
~Przyjaciel na wieki, od wieków.

Chwile patrzyłam się na karteczkę. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. W końcu podarłam ją i rzuciłam na wiatr. Nie dam się zastraszyć. Odpaliłam motocykl i ruszyłam, przez chwile unosząc przednie koło na pół metra. Chłopaki stali na schodach, wpatrując się we mnie, z podziwem i zazdrością. Dotarłam do domu i odstawiłam pojazd do garażu. Zdjęłam kask, po czym poszłam szybko do domu. Przebrałam się szybko, a potem pobiegłam do stajni. Osiodłałam Deliorę. Wsiadłam szybko na jej grzbiet i pojechałyśmy, byle jak najdalej. W głowie ciągle mi siedziała przestroga, którą dzisiaj otrzymałam. Pozwoliłam mej kobyłce jechać, gdzie chce.
Po 3 godzinach jazdy po polach, musiałam wrócić do domu. Dojechałam w galopie na podwórko. Zgrabnie zeskoczyłam z grzbietu klaczy, którą szybko wyczyściłam i wprowadziłam do boksu, dając jej trochę siana. Nie zauważyłam Kaniona i Rapsodii, więc pewnie rodzice też się wybrali na przejażdżkę. Poszłam do domu, gdzie zastałam jeszcze ciepły obiad. Zjadłam na szybko i poszłam na górę. Na samym środku pokoju była karteczka, przyklejona do kamienia. Podniosłam ją i przeczytałam.

"Oj, oj. Nie ładnie tak ignorować starego przyjaciela"

Przyjrzałam się jej uważnie. Nie była ona wydrukowana, a mimo tego napisana niezwykle staranną kaligrafią.
-Ann, nie panikuj. - mruknęłam cicho. Podarłam karteczkę. Usiadłam na łóżku, zastanawiając się usilnie, kto to mógł być. Przecież nie on... Nie, to by było niemożliwe. A jeśli jednak znalazł sposób... Skarciłam się, że w ogóle mogłam tak pomyśleć. Moje usilne rozmyślania, przerwało pukanie do drzwi.
-Proszę! - powiedziałam, a do pokoju weszła mama.
-Właśnie wróciliśmy z przejażdżki i jedziemy zaraz do sklepu. Potrzebujesz czegoś? - zapytała.
-Nie, dziękuję. - rzekłam i lekko się uśmiechnęłam. Mama wyszła, zamykając drzwi. Po chwili usłyszałam, że rodzice wyjeżdżają spod domu. Patrzyłam się chwilę przez okno. Eh... Jaka szkoda, że oni o niczym nie wiedzą... I chyba nigdy się nie dowiedzą. Położyłam się na łóżku, myśląc o tych karteczkach. Co to u licha ma być?! Nagle usłyszałam jakiś dźwięk. Wstrzymałam oddech i przymknęłam oczy. Ktoś wchodził na górę. Zastanowiło mnie to, że mimo alarmów, on się tu dostał. Złapałam za pierwsze co miałam pod ręką - wypadło na lampkę. Podeszłam bliżej drzwi, które delikatnie się uchyliły. Stanęłam tak, by włamywacz początkowo mnie nie widział. Poczekałam, aż otworzy szerzej drzwi i gdy tylko pokazała się jego głowa, bez patrzenia uderzyłam. Jednak... jednak jedyne co, to uderzyłam w powietrze. Zdziwiłam się i otworzyłam oczy. Przede mną stał chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Wyglądał na mój wiek, może więcej. Był nieziemsko przystojny.
-Naiwna dziewczyna. Myślałem, że przez te kilka wieków nauczyłaś się czegoś więcej. - mruknął głębokim basem.
-Co... co ty tu robisz? - wyjąkałam, cofając się.
-Nie bój się. Nic ci nie zrobię. - powiedział. Uśmiechnął się lekko, jednak ten uśmiech zmroził mi krew w żyłach.
-Czego chcesz?! - wykrzyczałam, trzęsąc się.
-Jesteś jedną z nielicznych osób, które wiedzą o tym. Dobrze wiesz, o co chodzi. I przy tym jesteś jedyną osobą, która żyje.
-Nic ci nie powiem. - rzekłam, opanowując trzęsące się ręce.
-Nie po to przyszedłem. Chciałem tylko powiedzieć, że w najbliższym czasie będziemy się częściej widywać.
Zmarszczyłam brwi.
-Niby po co mamy się widywać?
-Bo sama nie dasz rady utrzymać tajemnicy. Chyba świetnie się orientujesz, że jeśli ta informacja wpadnie w niepowołane ręce, to może być nieciekawie.
-Wybacz, kilkaset lat już pilnuję jej i jak na razie mi się udaje. Myślę, że pociągnę jeszcze kilka wieków. - oznajmiłam oschle, nabierając pewności siebie.
-Też bym wolał tu nie wracać. - mruknął. - A więc, do zobaczenia.
Po tych słowach rozpłynął się w powietrzu. Rzuciłam lampkę na ziemię i położyłam się na łóżku. Co to w ogóle miało być?! Leżąc i myśląc o tym, zasnęłam.



Łapcie 1. rozdział, a żeby był 2. to poproszę 8 komentarzy :D

sobota, 2 sierpnia 2014

Prolog

Śmierć. Dla ciebie brzmi tak przerażająco, prawda? Że dostaniesz kulkę w plecy. Albo że zaśniesz i się nie obudzisz, a wtedy już nigdy nie pocałujesz miłości swego życia, ani nie wychowasz gromadki bachorów. Ale to nie samej śmierci się boisz. W końcu umieranie to chwila.  Boisz się niepewności, bo w końcu nikt na świecie nie ma pojęcia, co się dzieje potem. Są domysły, że niby idzie się ciemnym tunelem ze światełkiem na końcu. Albo gdy umrzesz, budzisz się jako zwierzę, ewentualnie jako inny człowiek, aby naprawić błędy poprzedniego życia. Słyszałam, także wersję, że po śmierci przechodzisz przez "Sąd Ostateczny" i trafiasz do piekła lub nieba. Bla, bla, bla. Tyle teorii, a wszystkie to kompletna bzdura.
Zapewne jesteś ciekawy, skąd ja to wszystko wiem. Bo przecież jestem kolejną zwykłą dziewczyną z miasta. Ale to tylko pozory, które jak wiadomo, potrafią nieźle zmylić.
Jestem Annabeth, zwą mnie także Ann. Mieszkam z rodzicami w Wrocławiu, w wielkim domu ze stajnią na podwórku. Jesteśmy w sumie kolejną rodziną, która mieszka na przedmieściach. Tak, tej wersji początkowo się trzymajmy. Myślałam, że to będzie tylko moje kolejne życie - szkoła, przyjaciele, wrogowie. Czyli taki standard. Jeszcze nigdy, a musicie mi uwierzyć, że żyję naprawdę długo, nie pomyliłam się aż tak strasznie.
Opowiem ci zaraz, całą moją historię, którą przez wieki trzymałam jedynie dla siebie. Dowiesz się o wszystkim, co się działo po kolei. Ale ćśśś... ty nic nie wiesz, okej?


Aby powstał 1. rozdział musicie mnie zachęcić 5 komentarzami c:

Na początek

Na sam początek chciałabym powiedzieć, że jestem Julka i czasem pisze różne opowiadania, a ten blog będzie poświęcony dla jednego z nich. 
Tytuł bloga wziął się oczywiście od tytułu opowiadania. Czytając następne posty powinno się Wam wszystko wyjaśnić.
Zapraszam do czynnego komentowania postów i wyrażania swoich opinii, zarówno dobrych, jak i tych złych, żebym wiedziała, co mogę zmienić :)