piątek, 19 września 2014

Rozdział Trzeci

 Gdy z samego rana zeszłam na śniadanie, rodzice jak gdyby nigdy nic przywitali się ze mną. Spóźniłam się kilka godzin do domu, a oni nic? Wolałam się jednak nie upominać, bo jeszcze bym szlaban dostała, więc szybko wyszłam z domu. Podjechałam pod szkołę, a przy wejściu czekał na mnie Azazel.
-Czy ty masz gdzieś swoje życie? - warknął do mnie na wstępie.
-Tak szczerze, to tak. Tyle razy umierałam, że nie robi mi różnicy ta jedna śmierć więcej czy mniej. - wzruszyłam ramionami.
-Czyli ty o niczym nie wiesz?! - niemal wykrzyknął, a kilka dziewczyn się odwróciło.
-Nie wiem. Ale myślę, że zanim powiesz, to odejdźmy w trochę bardziej odosobnione miejsce, bo pół szkoły raczej nie powinno o tym wiedzieć. - mruknęłam, złapałam go za rękę i pociągnęłam za sobą. Znałam kilka dobrych miejsc do takich rozmów. Przecież prywatne rozmyślania z Han musiałam gdzieś przeprowadzać. Poprowadziłam go przez całe boisko, gdzie na końcu stał kantorek z piłkami. To znaczy kiedyś to było kantorkiem, jednak dzisiaj stoi całkiem pusta, popisana markerami i korektorami, szopa w wielkości 2 na 2 metry. Tutaj nikt nie przychodzi, a przynajmniej nie w trakcie lekcji.
-Dobra, mów. Nikogo tu nie ma.
-Naprawdę Rada nic ci nie mówiła?
-Nie! A teraz mów.
-Wiesz, dlaczego akurat teraz zostałem przydzielony? Bo nasza ukochana Rada pokłóciła się z przedstawicielami Gwardii Życia. - mruknął rozdrażniony.
-No ale co ja mam do tego?
-Gwardia zaproponowała, żeby połączyć naszą Radę z nimi. Czyli jakby połączyć śmierć z życiem. I żeby każdy, nie tylko ty, mógł wracać na ziemię po śmierci, jeśli będzie chciał. Jednak Rada orzekła, że nie zgodzą się na to, bo nie chcą łamać praw, ustalonych przed wiekami. - mówił - Kłócili się dobre kilka godzin, a o kompromisie nie było wówczas mowy. W końcu bez uzyskania jakiegokolwiek porozumienia rozeszli się.
-Kiedy to było?
-Do tego dążyłem. Było to jakieś 2 lata temu.
-I ja się dopiero teraz o tym dowiaduję? - ostro rzekłam.
-Nie ode mnie to zależne. - po tych słowach prychnęłam.
-Dobra, wszystko fajnie, pokłócili się i co? Po co mi ochrona?!
-I tutaj tkwi sedno sprawy. Przez te 2 lata był względny spokój pomiędzy Radą a Gwardią, jednak ostatnio przeciekły do nas informacja, że Gwardia poluje na ciebie. Miałoby to sens - z siedziby Rady nikogo nie zabiorą, bo nie mają tam wstępu, więc zabiorą ciebie - jedyną żywą istotą, która wie o wszystkim i która jest ważna dla Rady.
-Też jesteś teraz żywy, więc jakby nie patrzeć teraz Gwardia ma większe szanse na złapanie któregoś z nas.
-Różnica jest taka, że nie jestem żywy. Ale za to ty jesteś, a ja muszę dbać, byś w najbliższym czasie nie nabroiła, bo jak umrzesz, to będzie słabo. Bardzo słabo. - powiedział, ze śmiertelną powagą w głosie.
-Czyli ci z wczoraj to byli z Gwardii?
-Tak.
-Czyli niepotrzebnie cię zrzucałam z motocyklu?
-Niepotrzebnie.
-A szkoda, mogłabym to powtórzyć. - mruknęłam.
-Annabeth, powagi, proszę cię. - rzekł, chociaż widziałam w miedzy czasie uśmiech.
-No już, spokojnie. - mruknęłam, przewracając oczami. Spojrzałam na zegarek. Ojoj, właśnie zaczynała się lekcja chemii. A tam, i tak nie lubię ani przedmiotu, ani nauczycielki. - Czyli tak: Rada pokłóciła się z Gwardią. Gwardia na mnie poluje i uda im się mnie złapać, jeśli umrę. A ty tu jesteś, żebym nie umarła i żeby ci z Gwardii mnie nie zabili i nie żądali okupu. Dobrze zrozumiałam?
-Tak.
-No dobra, to jeszcze jedno pytanie: Ile będę musiała uważać na siebie?
-Aż oni dojdą do porozumienia.
Prychnęłam.
-Annabeth, robią co mogą, żeby to skrócić, ale to nie takie proste!
Nagle sobie przypomniałam o tajemniczych liścikach.
-Czy wysyłałeś może do mnie liściki zanim przyszedłeś? - zapytałam, możliwe, że nieco głupio.
-Co? Nie. - powiedział od razu Azazel.
-Fuck. - mruknęłam pod nosem.
-A co? - zapytał podejrzliwie.
-Bo dostałam ostatnio 2 liściki od "przyjaciela od wieków na wieki". - wyjaśniłam. Chłopak spojrzał na mnie z powagą.
-Myślisz, że to od niego?
-Tak. I myślę, że nie bez powodu Gwardia chce mieć prawo do ożywiania zmarłych. - Azazel podrapał się zamyślony po głowie.
-No dobra, tylko jak niby miałby wysłać je do ciebie?
-On już ma swoje sposoby, nie zapominajmy, że jest niezwykle mądry i potrafi przekonywać ludzi, by robili tak, jak on chce.
Znów spojrzałam na zegarek. Zaśmiałam się nagle.
-Ann, nie chcę cię martwić, ale my tu rozmawiamy o dość istotnych rzeczach, a ty się śmiejesz. - rzekł z politowaniem.
-Spójrz na zegarek.
-No i co?
-No i za 15 minut kończy się chemia.
-No i?
-No i to, że wypadałoby się pojawić na lekcji. - na ustach pojawił mi się złośliwy uśmiech. - Chodź, w drodze ci wyjaśnię, o co chodzi. - powiedziałam i wyszliśmy z kantorka. Zaczęłam po cichu mu tłumaczyć mój złośliwy plan.
-Pamiętaj: ona nienawidzi słodziutkich par, makijażu i koszulek z dekoltem. Dwa z tych mam, a trzecie... - spojrzałam na niego, a on tylko uśmiechnął się.
-Cóż, myślę, że da się zrobić.
Ostatnie kilka metrów boiska przebiegliśmy. Wbiegliśmy szybko na drugie piętro, a w drodze rozpięłam koszulę, żeby było widać kawałek biustonosza. Przed salą się zatrzymaliśmy. Przyciągnęłam go bliżej siebie, trzymając za szlufki od spodni. Objął mnie w pasie, jedną ręką trzymając za kark. Ręką otworzyłam naszą salę od chemii.
-Tutaj nie powinno być nikogo. - szepnęłam konspiracyjnie, niby tylko do niego, jednak tak, żeby klasa usłyszała. Wtuleni w siebie i całując się, weszliśmy do klasy. Otworzyłam oczy, po czym ujrzałam rozbawione miny znajomych. A także niemal purpurową ze złości minę chemiczki. O tak! Misja zakończona!
-Ojej, chyba pomyliliśmy sale. - powiedział Azazel, udając zdziwienie. Co jak co, ale aktor z niego świetny.
-No rzeczywiście! - potwierdziłam, udając niewiniątko.
-Bardzo dobrze trafiliście. - wymamrotała chemiczka. - Siadać. Ale. Już.
Poszłam do swojej ławki, w międzyczasie uśmiechając się triumfująco. Puściłam oko do Han, a ona ledwo się powstrzymała od śmiechu. Usiadłam, nie zapinając jeszcze koszuli. Usiadłam na swoim miejscu i wyjęłam telefon z kieszeni.
"Było wiarygodnie?" - wysłałam sms do Han.
"To wy to graliście?!?!" - odpisała po kilku sekundach.
"Oczywiście. To jak; wiarygodnie?"
"Jak najbardziej!"
Po tym sms odwróciła się do mnie, uśmiechając się lekko.
-Musimy to kiedyś powtórzyć. - mruknął do mnie Azazel.
-Hm, nie taki zły pomysł. Podobno wiarygodnie było.
-A kto powiedział, że na pokaz?
Spojrzałam na niego, marszcząc brwi, jednak nic nie powiedziałam. Po kilku minutach zadzwonił dzwonek. Już chciałam wychodzić z sali, gdy przede mną pojawiła się chemiczka.
-Zostaniesz ze mną. Twój kolega także. - wymamrotała, cały czas wściekła.
-Dobrze, prze pani. - poczekałam, aż dojdzie do mnie Azazel.
-O co chodzi? - zapytał, jakby nigdy nic.
-Jeszcze się pytasz? Jutro chcę was widzieć z rodzicami.
-Chyba będzie problem. - powiedziałam. - Moich rodziców nie ma w domu.
-Moi pojechali w delegację. - dodał chłopak
-Mam to gdzieś! Wasze zachowanie jest karygodne! A ty, Annabeth? Nie tego się po tobie spodziewałam!
-To najpierw niech mi pani powie, czego się spodziewa. - mruknęłam. Odwróciłam się i wyszłam z sali, a za mną mój "chłopak". Szłam pewnym siebie krokiem, stukając obcasami o kafelki. Han czekała już na mnie.
-Too... Jak tam wasz związek? - zapytała.
-Jaki związek? To na pokaz było. - zaśmiałam się.
-Przestań, mnie nie musisz kłamać.
-Serio ci mówię! - powiedziałam i położyłam rękę na sercu. Ja i Azazel? No chyba żart!
Po lekcjach wyszłam ze szkoły niemal w podskokach. Weekend! W końcu! Nie trudno było znaleźć mój motocykl, bo jak zwykle w jego pobliżu znajdowało się kilka chłopaków. Zakładałam właśnie kask, gdy usłyszałam za sobą wołanie.
-Hej, Ann! - odwróciłam się w stronę mojego strażnika. Jeju... Jak to brzmi!
-Tak?
-Słyszałem, że jeździsz konno. To prawda? - oczywiście, gdy to mówił, grupa chłopaków przechodziła obok. Jeden z nich zagwizdał i zawołał:
-Hej, mała! Ujeździsz mnie? -zaśmiał się, nieco złośliwie.
-Sorry, z kucyków wyrosłam! - zawołałam za nim, a jego kumple się zaczęli śmiać w głos.
-Jesteś na serio złośliwa... - mruknął Azazel. - Chociaż to dobrze. Lubię wyszczekane dziewczyny. - uśmiechnął się, błyskając białymi zębami.
-Dobra, nie po to tu przyszedłem. - To po co przychodziłeś? pomyślałam, nie odzywając się jednak. - Jeśli jeździsz konno, to może razem dzisiaj gdzieś się wybierzemy?
Już miałam zaprzeczyć, jednak uznałam, że nie ma sensu. Zmrużyłam lekko oczy i rzekłam:
-Okey. To kiedy i gdzie się spotykamy?
-Zaraz u ciebie. - po tych słowach odszedł. Założyłam kask i odjechałam.

~ * ~
Tymczasem w Gwardii

-Kompletni idioci! - wykrzyknął rosły mężczyzna, waląc pięścią w stół. - Mieliście już ją!
-No, ale... - zaczął inny, siedząc skulony na krześle.
-Skończeni kretyni! - krzyczał dalej. - Rozkaz był prosty! Złapać ją i zabić! Takie trudne?!
-Nie, proszę pana...
-To czemu tego nie zrobiliście?!
-Bo Azazel...
-W dupie mam Azazela! Wyjdźcie stąd, zanim zdecyduję wasze życie skończyć. - po tych słowach dwóch mężczyzn wyszło szybko z sali.
-Banda kretynów... Skąd oni się biorą... -mruczał pod nosem rosły brunet. Chodził w kółko po wielkiej sali, usilnie się zastanawiając. -Uh, gdyby nie ci idioci to już bym ją miał!
Sala była prawie cała w złocie. Na samym końcu, na podwyższeniu znajdował się tron. Prowadził do niego czerwony dywan. Pod ścianami znajdowały się popiersia różnych osób. Z sufitu zwisał ogromny, kryształowy żyrandol. Każda mała lampka wpadała na kryształ, który rozszczepiał światło na gamę różnych barw, co nadawało sali jeszcze bardziej uroczysty design.
-Ale już niedługo ją będę miał... I wtedy to ja będę ustalał reguły gry. - zaśmiał się złowieszczo.

~ * ~


Dojechałam szybko do domu. Zaparkowałam przed domem i pobiegłam do pokoju. Założyłam bryczesy i oficerki. Związałam włosy w kitkę, prawie równocześnie zakładając na siebie dopasowaną koszulkę z krótkim rękawem. Biegiem poszłam do stajni. Otworzyłam boks i cmoknęłam, a Deliora posłusznie poszła za mną. Przywiązałam ją niedbale, wyczyściłam i osiodłałam. Zgrabnie wsiadłam i wyszłam przed dom na chodnik. Usłyszałam stukot kopyt o beton i po chwili ujrzałam sylwetkę konia i jeźdźca. Poczekałam, aż do mnie dobiegną i zatrzymają się.
-No, to poznaj proszę Milorda. - odezwał się Azazel, wskazując na fryza pod sobą.
-To poznaj także Delliorę de Viller. - przedstawiłam klacz, również fryza.
-Czemu takie dziwne imię ma? - spytał chłopak.
-Wystawowe. Normalnie wołam na nią Dell.
Wzruszył ramionami.
-To co, ścigamy się do końca tej uliczki?
-Nie masz szans - mruknęłam. Ustawiłam się na linii, to znaczy na pęknięciu w asfalcie.
-3... 2... 1... START! - krzyknęłam i dałam Dellie ostrą łydkę. Ruszyła z miejsca galopem. Zacmokałam kilka razy, pośpieszając ją. Azazel z Milordem zostali nieco w tyle. Dobiegłam do wyznaczonego miejsca i zatrzymałam się, robiąc efektowny zwrot na przodzie.
-Gratuluję przegranej! - rzekłam radośnie.
-Jakim prawem Dell idzie z miejsca takim galopem?!
-Bo jest uzdolniona, to idzie. - znów zwrot na przodzie, odwracając się w kierunku naszej jazdy.
-Umie coś jeszcze oprócz obracania się?
-Umie całusa, dębowanie, kładzenie się, siadanie, ukłon i kilka kroków z ujeżdżania. - zaczęłam wyliczać.
-Pokaż dębowanie!
Zacmokałam, zwracając jej uwagę na sobie. Kilka nieznacznych ruchów mojego ciała, a potem krzyknęłam:
-Hop! - ona uniosła przednie kopyta w górę, wierzgając nimi w powietrzu. Po chwili je opuściła, a ja pochwaliłam ją.
-Łoł. - tyle z siebie wydał chłopak.
-Umie dużo więcej, bo na pokazach musi się prezentować.
-To może klasyczny kłus?
-Okey. - pospieszyłam ją. I mimo tego, że mogła iść jak chciała, to i tak kopyta unosiła nieco w górę i miała wydłużony krok.
-Miał być klasyczny. - mruknął chłopak.
-To już jej wina. - zaśmiałam się.
Minęły chyba 3 godziny, a ja nawet nie zauważyłam. Gadaliśmy ze sobą, sprzeczaliśmy, czasem wyzywaliśmy żartobliwie... Zdziwiłam się samej sobie, gdy uznałam, że polubiłam Azazela. Było już prawie ciemno, gdy wróciłam pod dom.
-Gdzie ty tak właściwie śpisz?
-Tu i ówdzie... - wyminął się od odpowiedzi. Przewróciłam oczami. W bramie zauważyłam coś białego. Wzięłam karteczkę do ręki. Spojrzałam na chłopaka.
-To nie ty tu zostawiłeś?
-Nie. - odpowiedział cicho.
Rozłożyłam karteczkę i przeczytałam jej zawartość:

"Ojej, jak słodko. Po prostu para zakochanych <3
Rzygać mi się przez Was chce.
Annabeth, może i my kiedyś się wybierzemy na przejażdżkę?"

Westchnęłam, a Azazel wyrwał mi karteczkę z ręki.
-Nie przejmuj się tym. - zaczął mówić.
-Nie przejmuję. - rzekłam, choć w głębi zaczęłam się bać. -Może chcesz u nas zostać na noc? -spytałam się go.
-Ja... No...
-Wiem, że nie masz, gdzie spać. Chodź, rodzice już śpią. - powiedziałam i wpuściłam go na podwórko. Zsiadłam z Dell i poszłam z nią do stajni. Za mną szedł Azazel z Milordem. Wprowadziłam klacz do boksu, wcześniej zdejmując jej siodło i ogłowie. Wzięłam także ogiera i dałam go do jedynego wolnego boksu w stajni.
Złapałam chłopaka za rękę i pociągnęłam za sobą. Weszłam cicho do domu i poszłam na górę, cały czas trzymając go za rękę.

Wskazałam mu pokój, w którym może się położyć, a potem wróciłam do swojego pokoju. Ledwo się przebrałam i położyłam, a już zasnęłam.




Wiem, że nic się prawie nie wydarzyło, ale poczęstowałam Was informacjami ^^ 
I także wiem, że nie było tylu kom, ile miało być, ale za tydzień wyjeżdżam i boję się, że w tygodniu nie znajdę czasu na kompa :/

Następny rozdział dodam, jak uznam, że najwyższy czas :D
Ale komentarze z pewnością sprawią, że szybciej dodam post :3

6 komentarzy:

  1. I nareszcie wiem, o co biega! xD
    .
    .
    .
    Zakochana para! Azazel i Ana! xD

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekam na next'a .O.
    ~ Dellcia :3

    OdpowiedzUsuń
  3. Serdecznie za[raszamna nowy rozdział: "Krwawy Kapturek".
    http://superwhovengerlock.blogspot.com/
    Jillian

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedy będzie więcej?!?!?!?! Ja... ja... ja chcę... ;-;

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja taka zapracowana jestem oglądaniem głupich filmików na yt, że nie mam czasu skomentować xD Przeczytałam rozdział wieki temu i nie pamiętam, o co biega xD

    .

    .

    .

    No dobra, przypomniało mi się, co nieco. Jeeej! Ja chcę więcej! "W dupie mam Azazela!" - mój ulubiony cytat c:

    OdpowiedzUsuń