sobota, 25 października 2014

Rozdział Czwarty

Spałam jak zabita całą noc. A rano... Odwieczne prawo mówi: "Nic tak nie zrzuca z łóżka o 7, gdy na zegarku jest 8". Trzeba przyznać, że wyjątkowo trafione, prawda? Dlatego, gdy zauważyłam, która jest godzina, musiała minąć chwila, zanim uświadomiłam sobie, że właśnie zaczyna się polski. Z łóżka niemal wyskoczyłam i w pierwszym nawyku chciałam zakładać kalosze, żeby iść do stajni. Potem uświadomiłam sobie, że nie mam na to czasu, więc z szafy wyjęłam spodnie i koszulkę, po czym poszłam do łazienki. Gdy wyszłam z pomieszczenia i schodziłam do kuchni, dotarło do mnie, że przecież jeszcze muszę obudzić Azazela. Weszłam do tymczasowego pokoju chłopaka. Na palcach podeszłam do jego łóżka.
-Bu! - powiedziałam do jego ucha, równocześnie łapiąc go za ramiona.
-Nie śpię już. - wymamrotał. - A poza tym, następnym razem jak będziesz mnie straszyć, to się nie perfumuj. - dodał nieco głośniej z uśmiechem.
-Zdajesz sobie sprawę, że właśnie nam mija polski?
-Tak. Zdawałem sobie z tego sprawę, gdy wyłączałem ci budzik.
-Wyłączyłeś mi budzik?!
-A po co w piątek iść do szkoły. Nie lepiej poleżeć sobie? - wymamrotał kuszącym, niskim tonem. Wyciągnął ręce i przyciągnął mnie do siebie. - Proszę cię, Ann... wiem przecież, że nie chce ci się iść do szkoły. - kusił dalej.
-Ale..
-Nie ma żadnego ale - rzekł i objął mnie ramionami.
-Jest. - wyrwałam się. - Właśnie zaczynają się lekcje i mam zamiar jechać do szkoły. Z tobą czy też nie.
Wszyscy, którzy mnie znali, wiedzieli, że naukę mam w głębokim poważaniu. Azazel także to wiedział, dlatego zdziwił się po moich słowach. W sumie to sama nie wiem, dlaczego akurat teraz zależało mi na frekwencji. Może po prostu nie chciałam, by sprawy z chłopakiem zaszły za daleko...
-Annabeth - zaczął, zdezorientowany - nigdy ci tak na tym nie zależało... - dokończył. Miałam wrażenie, że słyszę urazę w jego głosie. Usiadł na łóżku, a ja obok niego. Spojrzałam prosto w jego oczy i dostrzegłam coś dziwnego. Wyjęłam z kieszeni telefon i włączyłam lampę. Zaświeciłam mu prosto w oczy. 0 reakcji.
-Połóż się. Już. - rozkazałam ostro. Azazel posłusznie się położył. Przyniosłam z kuchni szklankę wody i niemal wlałam mu tą wodę do gardła.
-Patrz na mnie. - zrobił to posłusznie. - Co robiłeś w nocy?
Spojrzał na mnie głupio.
-Pytam się! Co robiłeś w nocy?
-Noo...
-Mów! - rzuciłam ostrym tonem.
-Wyszedłem na spacer....
-Jadłeś coś? Albo piłeś?
-Taaak...
-Cholera. - mruknęłam. - Co jadłeś?
-Bułkę....
-W domu?
-Nie... - jego ton coraz bardziej mnie niepokoił.
-Połóż się. - rozkazałam i poszłam po laptopa. Zaczęłam szukać czegokolwiek o tym, co się mogło z nim dziać. Nic nie pasowało. Odłożyłam komputer i usiadłam na brzegu łóżka. Chłopak zaczął mnie dotykać ręką i coś mamrotać.
-Co jest z tobą nie tak? - mruknęłam. Cały czas mnie martwił jego stan. Schyliłam głowę i zaczęłam się zastanawiać, gdy poczułam nagły powiew wiatru. Podniosłam wzrok, który od razu spostrzegł karteczkę. Serce podeszło mi do gardła, jednak wstałam, aby ją wziąć. Zrobiło mi się niedobrze.


"Hej, hej! Tu znowu ja!
Gratuluję upartości. Nie dałaś się ponieść emocjom, gdy Azazel się do Ciebie dobierał. Cóż, trudno.
Zapewne się zastanawiasz, co się z nim dzieje. Mogę Ci powiedzieć, a nawet dać odtrutkę. Tylko pojaw się sama w południe przy opuszczonym domu Carverów.
Czekam!"


Przez kilka minut wpatrywałam się w karteczkę. Musiałam oprzeć się o półkę, żeby nie upaść.
Iść? Czy nie iść?
Musiałam iść.
-Leż tutaj, ja idę do stajni.
-Chcę iść z tobą. - oznajmił.
-Masz tu leżeć.
-Z tobą bym mógł. Bez ciebie nie ma mowy.
Westchnęłam.
-Dobra, możesz iść. Ale masz robić wszystko, co ci będę kazać. Jak nie to siłą cię tu zaciągnę i przywiążę do tego łóżka.
-Tak jest!
Przewróciłam oczami i poszłam do siebie się przebrać. Wyszłam z pokoju, a chłopak zlustrował mnie wzrokiem.
-Nawet w roboczym stroju wyglądasz seksownie.
Spojrzałam na niego, przewracając oczami. Zeszłam na dół i wyszłam na świeże powietrze. Azazel posłusznie za mną dreptał, aż do samej stajni. Ukradkiem zerknęłam na zegarek. Zostały mi 2 godziny do spotkania. Na samą myśl moje serce szybciej biło.
Zamrugałam kilka razy, wzięłam głęboki wdech i weszłam do stajni. Od razu usłyszałam radosne rżenie, a najgłośniejsze oczywiście Delliory.
-Hej, młoda. - mruknęłam, głaskając ją po chrapach. -Tak wiem, dzisiaj później śniadanie, ale cóż... tak wyszło.
Szybko nakarmiłam konie, łącznie z Milordem, który stał na samym końcu. Azazel cały czas przy nim siedział. Może nawet lepiej...
Wyprowadziłam Dell na zewnątrz, przypinając w międzyczasie lonżę. Przeszłyśmy kawałek, a ja zaczęłam ją ganiać w koło. Widziałam, że jest znudzona, dlatego utrudniłam jej nieco zadanie. Ustawiałam jej coraz to wyższe przeszkody, aż doszło do 1,20 m. Byłam z niej dumna.
Ze stajni wychylił się Azazel. Wpatrywał się, jak pracuję z klaczą przez bardzo długi czas. Obserwował czujnie, jak powtarzam z nią sztuczki i figury ujeżdżeniowe.
Gdy skończyłam, uświadomiłam sobie, że zostało mi 10 minut. Cholera! Samo dojście zajmie mi z 20!
-Azazel... Nie chciałbyś może zająć się swoim koniem? Ja w tym czasie wybrałabym się na przejażdżkę z Dell... - zaczęłam coś mówić, byle nie chciał jechać ze mną. A widziałam, jak się wpatrywał we mnie, więc miałam nadzieję, że będzie chciał również poćwiczyć.
-No dobrze... - mruknął. Szybko wytłumaczyłam mu kilka rzeczy i bez siodła w galopie opuściłam posesję.
Po kilku minutach zaczęłam dostrzegać moje miejsce docelowe. Pospieszyłam Delliorę. Dojechałam i tak spóźniona, a do tego spięta. Zatrzymałam się przy głównej bramie domu.
-Halo? - zawołałam, o dziwo w miarę pewnym głosem. Rozglądałam się wokół, jednak nikogo nie spostrzegłam.
-Jest tu kto?! - zawołałam jeszcze raz.
Cisza.
Ale tylko na chwilę.
-Oczywiście, kochanieńka! - odpowiedział ktoś, niskim tonem, z udawaną słodyczą.
Przestraszyłam się nie na żarty. Dziwiło mnie, że klacz stoi spokojnie. Sam jego ton był przerażający...
-Gdzie jesteś?
-Tutaj. - usłyszałam tuż obok mnie. Odwróciłam się gwałtownie, dostrzegając przerażające czarne oczy. Zabrało mi dech w piersi. Przechyliłam się na bok, spadając z grzbietu Dellie na ziemię. Zaczęłam się czołgać po piachu, byle jak najdalej od tych czarnych tęczówek.
Tajemniczy mężczyzna jednak jednym susem pojawił się obok mnie i złapał za rękę. Brutalnie mnie podniósł.
-A teraz grzecznie ze mną wejdziesz do środka. - powiedział, niby spokojnie, jednak i tak miałam wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z piersi.
-Ja tu przyszłam jedynie po informacje i odtrutkę...
-Ale myślisz, że to będzie za darmo? - zaśmiał się, jednak nie był to przyjemny śmiech. Zmroziło mi krew w żyłach. - Pójdziemy, usiądziemy i porozmawiamy na spokojnie.
Kto jak kto będzie spokojny - przeleciało mi przez myśl.
Nie miałam innego wyboru, musiałam iść. A ostatnie, co pamiętam, to czarne, przenikliwe oczy, wpatrujące się we mnie...




Zajęło mi to chyba miesiąc, ale nareszcie jest :D
Dzięki wszystkim, którzy się udzielają :)


Następny rozdział dodam jak napiszę i jak będzie kilka komentarzy ^^

piątek, 19 września 2014

Rozdział Trzeci

 Gdy z samego rana zeszłam na śniadanie, rodzice jak gdyby nigdy nic przywitali się ze mną. Spóźniłam się kilka godzin do domu, a oni nic? Wolałam się jednak nie upominać, bo jeszcze bym szlaban dostała, więc szybko wyszłam z domu. Podjechałam pod szkołę, a przy wejściu czekał na mnie Azazel.
-Czy ty masz gdzieś swoje życie? - warknął do mnie na wstępie.
-Tak szczerze, to tak. Tyle razy umierałam, że nie robi mi różnicy ta jedna śmierć więcej czy mniej. - wzruszyłam ramionami.
-Czyli ty o niczym nie wiesz?! - niemal wykrzyknął, a kilka dziewczyn się odwróciło.
-Nie wiem. Ale myślę, że zanim powiesz, to odejdźmy w trochę bardziej odosobnione miejsce, bo pół szkoły raczej nie powinno o tym wiedzieć. - mruknęłam, złapałam go za rękę i pociągnęłam za sobą. Znałam kilka dobrych miejsc do takich rozmów. Przecież prywatne rozmyślania z Han musiałam gdzieś przeprowadzać. Poprowadziłam go przez całe boisko, gdzie na końcu stał kantorek z piłkami. To znaczy kiedyś to było kantorkiem, jednak dzisiaj stoi całkiem pusta, popisana markerami i korektorami, szopa w wielkości 2 na 2 metry. Tutaj nikt nie przychodzi, a przynajmniej nie w trakcie lekcji.
-Dobra, mów. Nikogo tu nie ma.
-Naprawdę Rada nic ci nie mówiła?
-Nie! A teraz mów.
-Wiesz, dlaczego akurat teraz zostałem przydzielony? Bo nasza ukochana Rada pokłóciła się z przedstawicielami Gwardii Życia. - mruknął rozdrażniony.
-No ale co ja mam do tego?
-Gwardia zaproponowała, żeby połączyć naszą Radę z nimi. Czyli jakby połączyć śmierć z życiem. I żeby każdy, nie tylko ty, mógł wracać na ziemię po śmierci, jeśli będzie chciał. Jednak Rada orzekła, że nie zgodzą się na to, bo nie chcą łamać praw, ustalonych przed wiekami. - mówił - Kłócili się dobre kilka godzin, a o kompromisie nie było wówczas mowy. W końcu bez uzyskania jakiegokolwiek porozumienia rozeszli się.
-Kiedy to było?
-Do tego dążyłem. Było to jakieś 2 lata temu.
-I ja się dopiero teraz o tym dowiaduję? - ostro rzekłam.
-Nie ode mnie to zależne. - po tych słowach prychnęłam.
-Dobra, wszystko fajnie, pokłócili się i co? Po co mi ochrona?!
-I tutaj tkwi sedno sprawy. Przez te 2 lata był względny spokój pomiędzy Radą a Gwardią, jednak ostatnio przeciekły do nas informacja, że Gwardia poluje na ciebie. Miałoby to sens - z siedziby Rady nikogo nie zabiorą, bo nie mają tam wstępu, więc zabiorą ciebie - jedyną żywą istotą, która wie o wszystkim i która jest ważna dla Rady.
-Też jesteś teraz żywy, więc jakby nie patrzeć teraz Gwardia ma większe szanse na złapanie któregoś z nas.
-Różnica jest taka, że nie jestem żywy. Ale za to ty jesteś, a ja muszę dbać, byś w najbliższym czasie nie nabroiła, bo jak umrzesz, to będzie słabo. Bardzo słabo. - powiedział, ze śmiertelną powagą w głosie.
-Czyli ci z wczoraj to byli z Gwardii?
-Tak.
-Czyli niepotrzebnie cię zrzucałam z motocyklu?
-Niepotrzebnie.
-A szkoda, mogłabym to powtórzyć. - mruknęłam.
-Annabeth, powagi, proszę cię. - rzekł, chociaż widziałam w miedzy czasie uśmiech.
-No już, spokojnie. - mruknęłam, przewracając oczami. Spojrzałam na zegarek. Ojoj, właśnie zaczynała się lekcja chemii. A tam, i tak nie lubię ani przedmiotu, ani nauczycielki. - Czyli tak: Rada pokłóciła się z Gwardią. Gwardia na mnie poluje i uda im się mnie złapać, jeśli umrę. A ty tu jesteś, żebym nie umarła i żeby ci z Gwardii mnie nie zabili i nie żądali okupu. Dobrze zrozumiałam?
-Tak.
-No dobra, to jeszcze jedno pytanie: Ile będę musiała uważać na siebie?
-Aż oni dojdą do porozumienia.
Prychnęłam.
-Annabeth, robią co mogą, żeby to skrócić, ale to nie takie proste!
Nagle sobie przypomniałam o tajemniczych liścikach.
-Czy wysyłałeś może do mnie liściki zanim przyszedłeś? - zapytałam, możliwe, że nieco głupio.
-Co? Nie. - powiedział od razu Azazel.
-Fuck. - mruknęłam pod nosem.
-A co? - zapytał podejrzliwie.
-Bo dostałam ostatnio 2 liściki od "przyjaciela od wieków na wieki". - wyjaśniłam. Chłopak spojrzał na mnie z powagą.
-Myślisz, że to od niego?
-Tak. I myślę, że nie bez powodu Gwardia chce mieć prawo do ożywiania zmarłych. - Azazel podrapał się zamyślony po głowie.
-No dobra, tylko jak niby miałby wysłać je do ciebie?
-On już ma swoje sposoby, nie zapominajmy, że jest niezwykle mądry i potrafi przekonywać ludzi, by robili tak, jak on chce.
Znów spojrzałam na zegarek. Zaśmiałam się nagle.
-Ann, nie chcę cię martwić, ale my tu rozmawiamy o dość istotnych rzeczach, a ty się śmiejesz. - rzekł z politowaniem.
-Spójrz na zegarek.
-No i co?
-No i za 15 minut kończy się chemia.
-No i?
-No i to, że wypadałoby się pojawić na lekcji. - na ustach pojawił mi się złośliwy uśmiech. - Chodź, w drodze ci wyjaśnię, o co chodzi. - powiedziałam i wyszliśmy z kantorka. Zaczęłam po cichu mu tłumaczyć mój złośliwy plan.
-Pamiętaj: ona nienawidzi słodziutkich par, makijażu i koszulek z dekoltem. Dwa z tych mam, a trzecie... - spojrzałam na niego, a on tylko uśmiechnął się.
-Cóż, myślę, że da się zrobić.
Ostatnie kilka metrów boiska przebiegliśmy. Wbiegliśmy szybko na drugie piętro, a w drodze rozpięłam koszulę, żeby było widać kawałek biustonosza. Przed salą się zatrzymaliśmy. Przyciągnęłam go bliżej siebie, trzymając za szlufki od spodni. Objął mnie w pasie, jedną ręką trzymając za kark. Ręką otworzyłam naszą salę od chemii.
-Tutaj nie powinno być nikogo. - szepnęłam konspiracyjnie, niby tylko do niego, jednak tak, żeby klasa usłyszała. Wtuleni w siebie i całując się, weszliśmy do klasy. Otworzyłam oczy, po czym ujrzałam rozbawione miny znajomych. A także niemal purpurową ze złości minę chemiczki. O tak! Misja zakończona!
-Ojej, chyba pomyliliśmy sale. - powiedział Azazel, udając zdziwienie. Co jak co, ale aktor z niego świetny.
-No rzeczywiście! - potwierdziłam, udając niewiniątko.
-Bardzo dobrze trafiliście. - wymamrotała chemiczka. - Siadać. Ale. Już.
Poszłam do swojej ławki, w międzyczasie uśmiechając się triumfująco. Puściłam oko do Han, a ona ledwo się powstrzymała od śmiechu. Usiadłam, nie zapinając jeszcze koszuli. Usiadłam na swoim miejscu i wyjęłam telefon z kieszeni.
"Było wiarygodnie?" - wysłałam sms do Han.
"To wy to graliście?!?!" - odpisała po kilku sekundach.
"Oczywiście. To jak; wiarygodnie?"
"Jak najbardziej!"
Po tym sms odwróciła się do mnie, uśmiechając się lekko.
-Musimy to kiedyś powtórzyć. - mruknął do mnie Azazel.
-Hm, nie taki zły pomysł. Podobno wiarygodnie było.
-A kto powiedział, że na pokaz?
Spojrzałam na niego, marszcząc brwi, jednak nic nie powiedziałam. Po kilku minutach zadzwonił dzwonek. Już chciałam wychodzić z sali, gdy przede mną pojawiła się chemiczka.
-Zostaniesz ze mną. Twój kolega także. - wymamrotała, cały czas wściekła.
-Dobrze, prze pani. - poczekałam, aż dojdzie do mnie Azazel.
-O co chodzi? - zapytał, jakby nigdy nic.
-Jeszcze się pytasz? Jutro chcę was widzieć z rodzicami.
-Chyba będzie problem. - powiedziałam. - Moich rodziców nie ma w domu.
-Moi pojechali w delegację. - dodał chłopak
-Mam to gdzieś! Wasze zachowanie jest karygodne! A ty, Annabeth? Nie tego się po tobie spodziewałam!
-To najpierw niech mi pani powie, czego się spodziewa. - mruknęłam. Odwróciłam się i wyszłam z sali, a za mną mój "chłopak". Szłam pewnym siebie krokiem, stukając obcasami o kafelki. Han czekała już na mnie.
-Too... Jak tam wasz związek? - zapytała.
-Jaki związek? To na pokaz było. - zaśmiałam się.
-Przestań, mnie nie musisz kłamać.
-Serio ci mówię! - powiedziałam i położyłam rękę na sercu. Ja i Azazel? No chyba żart!
Po lekcjach wyszłam ze szkoły niemal w podskokach. Weekend! W końcu! Nie trudno było znaleźć mój motocykl, bo jak zwykle w jego pobliżu znajdowało się kilka chłopaków. Zakładałam właśnie kask, gdy usłyszałam za sobą wołanie.
-Hej, Ann! - odwróciłam się w stronę mojego strażnika. Jeju... Jak to brzmi!
-Tak?
-Słyszałem, że jeździsz konno. To prawda? - oczywiście, gdy to mówił, grupa chłopaków przechodziła obok. Jeden z nich zagwizdał i zawołał:
-Hej, mała! Ujeździsz mnie? -zaśmiał się, nieco złośliwie.
-Sorry, z kucyków wyrosłam! - zawołałam za nim, a jego kumple się zaczęli śmiać w głos.
-Jesteś na serio złośliwa... - mruknął Azazel. - Chociaż to dobrze. Lubię wyszczekane dziewczyny. - uśmiechnął się, błyskając białymi zębami.
-Dobra, nie po to tu przyszedłem. - To po co przychodziłeś? pomyślałam, nie odzywając się jednak. - Jeśli jeździsz konno, to może razem dzisiaj gdzieś się wybierzemy?
Już miałam zaprzeczyć, jednak uznałam, że nie ma sensu. Zmrużyłam lekko oczy i rzekłam:
-Okey. To kiedy i gdzie się spotykamy?
-Zaraz u ciebie. - po tych słowach odszedł. Założyłam kask i odjechałam.

~ * ~
Tymczasem w Gwardii

-Kompletni idioci! - wykrzyknął rosły mężczyzna, waląc pięścią w stół. - Mieliście już ją!
-No, ale... - zaczął inny, siedząc skulony na krześle.
-Skończeni kretyni! - krzyczał dalej. - Rozkaz był prosty! Złapać ją i zabić! Takie trudne?!
-Nie, proszę pana...
-To czemu tego nie zrobiliście?!
-Bo Azazel...
-W dupie mam Azazela! Wyjdźcie stąd, zanim zdecyduję wasze życie skończyć. - po tych słowach dwóch mężczyzn wyszło szybko z sali.
-Banda kretynów... Skąd oni się biorą... -mruczał pod nosem rosły brunet. Chodził w kółko po wielkiej sali, usilnie się zastanawiając. -Uh, gdyby nie ci idioci to już bym ją miał!
Sala była prawie cała w złocie. Na samym końcu, na podwyższeniu znajdował się tron. Prowadził do niego czerwony dywan. Pod ścianami znajdowały się popiersia różnych osób. Z sufitu zwisał ogromny, kryształowy żyrandol. Każda mała lampka wpadała na kryształ, który rozszczepiał światło na gamę różnych barw, co nadawało sali jeszcze bardziej uroczysty design.
-Ale już niedługo ją będę miał... I wtedy to ja będę ustalał reguły gry. - zaśmiał się złowieszczo.

~ * ~


Dojechałam szybko do domu. Zaparkowałam przed domem i pobiegłam do pokoju. Założyłam bryczesy i oficerki. Związałam włosy w kitkę, prawie równocześnie zakładając na siebie dopasowaną koszulkę z krótkim rękawem. Biegiem poszłam do stajni. Otworzyłam boks i cmoknęłam, a Deliora posłusznie poszła za mną. Przywiązałam ją niedbale, wyczyściłam i osiodłałam. Zgrabnie wsiadłam i wyszłam przed dom na chodnik. Usłyszałam stukot kopyt o beton i po chwili ujrzałam sylwetkę konia i jeźdźca. Poczekałam, aż do mnie dobiegną i zatrzymają się.
-No, to poznaj proszę Milorda. - odezwał się Azazel, wskazując na fryza pod sobą.
-To poznaj także Delliorę de Viller. - przedstawiłam klacz, również fryza.
-Czemu takie dziwne imię ma? - spytał chłopak.
-Wystawowe. Normalnie wołam na nią Dell.
Wzruszył ramionami.
-To co, ścigamy się do końca tej uliczki?
-Nie masz szans - mruknęłam. Ustawiłam się na linii, to znaczy na pęknięciu w asfalcie.
-3... 2... 1... START! - krzyknęłam i dałam Dellie ostrą łydkę. Ruszyła z miejsca galopem. Zacmokałam kilka razy, pośpieszając ją. Azazel z Milordem zostali nieco w tyle. Dobiegłam do wyznaczonego miejsca i zatrzymałam się, robiąc efektowny zwrot na przodzie.
-Gratuluję przegranej! - rzekłam radośnie.
-Jakim prawem Dell idzie z miejsca takim galopem?!
-Bo jest uzdolniona, to idzie. - znów zwrot na przodzie, odwracając się w kierunku naszej jazdy.
-Umie coś jeszcze oprócz obracania się?
-Umie całusa, dębowanie, kładzenie się, siadanie, ukłon i kilka kroków z ujeżdżania. - zaczęłam wyliczać.
-Pokaż dębowanie!
Zacmokałam, zwracając jej uwagę na sobie. Kilka nieznacznych ruchów mojego ciała, a potem krzyknęłam:
-Hop! - ona uniosła przednie kopyta w górę, wierzgając nimi w powietrzu. Po chwili je opuściła, a ja pochwaliłam ją.
-Łoł. - tyle z siebie wydał chłopak.
-Umie dużo więcej, bo na pokazach musi się prezentować.
-To może klasyczny kłus?
-Okey. - pospieszyłam ją. I mimo tego, że mogła iść jak chciała, to i tak kopyta unosiła nieco w górę i miała wydłużony krok.
-Miał być klasyczny. - mruknął chłopak.
-To już jej wina. - zaśmiałam się.
Minęły chyba 3 godziny, a ja nawet nie zauważyłam. Gadaliśmy ze sobą, sprzeczaliśmy, czasem wyzywaliśmy żartobliwie... Zdziwiłam się samej sobie, gdy uznałam, że polubiłam Azazela. Było już prawie ciemno, gdy wróciłam pod dom.
-Gdzie ty tak właściwie śpisz?
-Tu i ówdzie... - wyminął się od odpowiedzi. Przewróciłam oczami. W bramie zauważyłam coś białego. Wzięłam karteczkę do ręki. Spojrzałam na chłopaka.
-To nie ty tu zostawiłeś?
-Nie. - odpowiedział cicho.
Rozłożyłam karteczkę i przeczytałam jej zawartość:

"Ojej, jak słodko. Po prostu para zakochanych <3
Rzygać mi się przez Was chce.
Annabeth, może i my kiedyś się wybierzemy na przejażdżkę?"

Westchnęłam, a Azazel wyrwał mi karteczkę z ręki.
-Nie przejmuj się tym. - zaczął mówić.
-Nie przejmuję. - rzekłam, choć w głębi zaczęłam się bać. -Może chcesz u nas zostać na noc? -spytałam się go.
-Ja... No...
-Wiem, że nie masz, gdzie spać. Chodź, rodzice już śpią. - powiedziałam i wpuściłam go na podwórko. Zsiadłam z Dell i poszłam z nią do stajni. Za mną szedł Azazel z Milordem. Wprowadziłam klacz do boksu, wcześniej zdejmując jej siodło i ogłowie. Wzięłam także ogiera i dałam go do jedynego wolnego boksu w stajni.
Złapałam chłopaka za rękę i pociągnęłam za sobą. Weszłam cicho do domu i poszłam na górę, cały czas trzymając go za rękę.

Wskazałam mu pokój, w którym może się położyć, a potem wróciłam do swojego pokoju. Ledwo się przebrałam i położyłam, a już zasnęłam.




Wiem, że nic się prawie nie wydarzyło, ale poczęstowałam Was informacjami ^^ 
I także wiem, że nie było tylu kom, ile miało być, ale za tydzień wyjeżdżam i boję się, że w tygodniu nie znajdę czasu na kompa :/

Następny rozdział dodam, jak uznam, że najwyższy czas :D
Ale komentarze z pewnością sprawią, że szybciej dodam post :3

czwartek, 28 sierpnia 2014

Rozdział Drugi

Kolejny dzień zaczął się jak każdy wcześniejszy. Wstałam koło 6, ubrałam się, napiłam kawy i poszłam do stajni. Nakarmiłam konie, patrząc przy okazji, czy nic im się nie stało. W końcu wypadki mogą się przydarzyć zawsze. Nie zauważając nic specjalnego, poszłam znów do domu. Wraz z rodzicami zjadłam śniadanie, naszykowałam się do szkoły, uświadamiając sobie, że nie zrobiłam lekcji. Ups, trudno. Przepisze się na przerwie. Gdy byłam gotowa poszłam do garażu, by jak co dzień przywitać się z moim motocyklem. Wzięłam kask, założyłam go. Bezpieczeństwo przede wszystkim. Zauważyłam, że bak prawie pusty. Oj tam, dojadę do szkoły, w drodze powrotnej zatankuję. Wyjechałam na drogę i pojechałam, oczywiście niezbyt szanując zasady ruchu drogowego. Ale kto w takim zadupiu szanowałby te zasady? A poza tym, zasady są po to, by je łamać, nieprawdaż?
Zaparkowałam na parkingu, zdjęłam kask i przeczesałam ręką włosy.
-Hej. - usłyszałam za sobą znajomy głos. Odwróciłam się. Przed moimi oczami ukazał się chłopak z mojego pokoju. - To tak teraz przyjeżdża się do szkoły?
-Nie, tak przyjeżdżają tylko ci najlepsi. - mruknęłam. Mimo jego nieziemskiego wyglądu, nie lubiłam go. Stanowczym krokiem ruszyłam w kierunku szkoły. On poszedł za mną i złapał mnie za ramię, gdy stałam przy wejściu. Kilka dziewczyn wpatrywało się we mnie z zazdrością w oczach. Ha, czyli jednak jest jakiś plus pojawienia się go tutaj.
-Poczekaj. Musisz zrozumieć, że w najbliższym czasie będziemy się dużo częściej spotkać, więc radze ci przyzwyczaić się do mnie. - po tych słowach poszedł do szkoły, a ja za nim. W szafce zostawiłam kilka książek i poszłam pod klasę. Nie zdążyłam usiąść, gdy zadzwonił dzwonek.
-Hej, Ann! - usłyszałam wołanie. Odwróciłam się do mojej najlepszej przyjaciółki - Hanny. Uśmiechnęłam się do niej, a ona szturchnęła mnie łokciem.-Co to był za przystojniak przed szkołą?
Jej ton wyraźnie żądał wyjaśnień, ze wszystkimi szczegółami. Uświadomiłam sobie, że nie wiem, jak on ma na imię. Gdy powiedziałam to Han, zaśmiała się.
-Serio? Wyglądaliście, jakbyście znali się od lat! - oznajmiła.
-Tak naprawdę znam go od wczoraj. - tylko tyle powiedziałam, bo potem przyszła nauczycielka. Weszłyśmy do klasy i usiadłam na swoim miejscu, jak zawsze sama. Po chwili do klasy ktoś gwałtownie wszedł. Podniosłam wzrok i ujrzałam go.
-O proszę, nasz spóźnialski. - rzekła wychowawczyni. - Poznajcie proszę waszego nowego kolegę, Azazela.
Gdy nauczycielka wypowiedziała jego imię, część klasy zaczęła się cicho śmiać.
-Cisza! - krzyknęła. - Azazelu, usiądź proszę tam na końcu klasy. - rzekła i wskazała miejsce obok mnie. Zacisnęłam zęby i spojrzałam na niego. Usiadł obok, rzucając torbę na ziemię.
-Serio musiałeś się tu przepisać?! - syknęłam do niego. - A tak poza tym, będąc w dzisiejszych czasach, mógłbyś wybrać nieco mniej wyróżniające się imię.
-Mówiłem ci, że będziemy się częściej widywać. - drugą uwagę puścił mimo uszu.
Mruknęłam coś pod nosem i odwróciłam się od Azazela. Po drodze spotkałam wzrok Han. Uśmiechnęła się znacząco, a ja chciałam już jej pokazać środkowego palca. Wiedziałam, co myślała.
Reszta lekcji minęła normalnie, o ile tak można nazwać towarzystwo kilkuset letniego chłopaka na każdych zajęciach.
W końcu skończyła się ostatnia lekcja. Wyszłam szybko ze szkoły i już miałam jechać, gdy ktoś położył rękę na moim ramieniu. Myślałam, że to kolejny fan motoryzacji, który chce się spytać o moją maszynę. Westchnęłam i odwróciłam się.
-Co chcesz wiedzieć? - mruknęłam, jednak uświadomiłam sobie, że to Azazel.
-Najlepiej to twoje imię, bo jeszcze się nie dowiedziałem.
-Annabeth. - przewróciłam oczami.
-Ładne imię. - odrzekł.
-Dzięki. - powiedziałam. - Mogę już jechać?
-Ze mną zawsze.
-A bez ciebie? - znów przewróciłam oczami.
-Nie.
-No to masz problem. - uśmiechnęłam się złośliwie, założyłam kask i wsiadłam. Odpaliłam motocykl, gdy on usiadł za mną. Odwróciłam się.
-A co ty odwalasz? - spytałam przez kask.
-Jadę z tobą.- już miałam zaprotestować, gdy nagle wpadł mi do głowy pomysł.
-Okey. - odrzekłam, jakby nigdy nic. Dodałam gazu i podniosłam przednie koło przy ruszaniu. Usłyszałam krzyk i cichy łomot. Odwróciłam się, a na ustach, choć nie było tego widać przez kask, miałam triumfujący uśmiech.
-Ojej, chyba nie wytrzymujesz mojego tempa. - zaśmiałam się i odjechałam z piskiem opon. Nawet nie wiedziałam, dlaczego go tak nie lubię. Niby nie zrobił mi nic złego... Azazel coś tam jeszcze krzyczał, ale ja go już nie słuchałam.
Byłam w połowie drogi, jadąc oczywiście kilka razy za szybko, gdy coś uderzyło we mnie. Nie wiedziałam, co się dzieje. Straciłam panowanie nad maszyną i moja pierwsza myśl - znowu umrę z głupiego powodu. Nie miałam szans na ratunek. Pogodziłam się już z tym i przygotowałam na kolejną śmierć. Ale zamiast tego nastała ciemność.
Otworzyłam najpierw jedno oko. Potem drugie. I tak mi to nic nie dało, bo otaczała mnie ciemność. Podniosłam się, a obok mnie leżała kromka chleba i szklanka wody. W pomieszczeniu panował półmrok, więc musiałam odczekać chwilę, zanim wzrok przyzwyczaił się do tego.
Byłam w niewielkim pokoju, jedynie z łóżkiem i małym stoliczkiem. Moja torba wciąż tu była, telefon miałam w kieszeni. Wyjęłam go, jednak nie miałam zasięgu. Świetnie. Wstałam i podeszłam do drzwi. O dziwo, były otwarte. Po cichu poszłam korytarzem, gdy usłyszałam rozmowę:
-...wypuścić.-usłyszałam głos pierwszego mężczyzny
-Chyba cię pogrzało. - drugi mężczyzna się odezwał.
-Widziałeś przed szkołą, kogo jej przydzielili?
-Tak, i co z tego?
-Azazel jest najsilniejszym ochroniarzem w gwardii. - po tych słowach miałam ochotę się roześmiać w cały głos. Cudem się chyba powstrzymałam. Najsilniejszy ochroniarz, a na motocyklu nie umie się utrzymać! No błagam was!
-Ale jakbyś nie zauważył, to go tutaj nie ma.
-Ale jak przybędzie, to powstanie niemały problem.
Zaraz potem zaczęli szeptać. Usłyszałam szurnięcia krzeseł. Przestraszyłam się i poszłam szybko do siebie. Zamknęłam cicho drzwi i zdążyłam usiąść na łóżku, gdy jeden z mężczyzn otworzył je gwałtownie.
-Zabieraj rzeczy i chodź. - warknął. Zabrałam torbę i poszłam posłusznie za nim. Prowadził mnie przez masę korytarzy. W końcu znaleźliśmy schody w górę. Weszliśmy na górę, a na ich szczycie były drzwi. Otworzył je, a słońce oślepiło mnie. Przymrużyłam oczy i zobaczyłam swój motocykl, bez żadnej ryski
-Jedź. Ale to już. - mruknął i zatrzasnął drzwi. Podeszłam do maszyny. Na siedzeniu był kask, w nienaruszonym stanie. Nie zastanawiałam się nad tym długo. Bak był pełny, co mnie bardzo zdziwiło. Założyłam kask i wsiadłam. Odpaliłam motor i ruszyłam. Nie wiedziałam, gdzie jechać, więc skierowałam się tam, gdzie serce mi kazało. Po dłuższej chwili jazdy oprócz ryku mojego motocykla, usłyszałam inny motor, który po krótkiej chwili mnie wyprzedził. Już chciałam go z gracją minąć i wbijać kolejny bieg, gdy on nagle się przede mną zatrzymał. Z piskiem opon zahamowałam. Zdjęłam kask i zaczęłam wrzeszczeć. Musiałam dać upust swoim uczuciom.
-Pochrzaniło cię do reszty?! Nie wiesz, jak się jeździ? To nie jeźdź wcale!
-Annabeth, uspokój się. - mruknął ktoś spod kasku, Oczywiście dość znajomy głos. Mój ukochany kolega z ławki!
-Azazel?! - spytałam i prychnęłam. Już zaczęłam zakładać kask, by pojechać dalej, gdy on złapał mnie za ramię.
-Nie powinnaś tak ryzykować. Miałaś szczęście, że widzieli cię ze mną.
-Szczęście. - ponownie prychnęłam. Założyłam kask i odjechałam, z szaloną prędkością. Nie wiedziałam, gdzie jadę, jednak po kilku, może kilkunastu minutach, zaczęłam rozpoznawać okolicę. Dotarłam w końcu do domu, jednak było bardzo późno. Rodzice spokojnie spali, co mnie zdziwiło. Zwykle troszczyli się o mnie, a każdą minutę spóźnienia wypominali mi przez następny miesiąc. Poszłam do siebie, rzuciłam torbę i położyłam się na łóżku.
-Ale dziwny dzień... - wymamrotałam. A co najlepsze, nie wiedziałam, że najdziwniejsze przede mną.



Dziękuję wszystkim, którzy się udzielali :)
Teraz postawię Wam to samo zadanie - 8 komentarzy!


PS: Przepraszam, że tak późno, ale wiecie, wakacje, wyjazdy... Jednak w końcu napisałam :D

środa, 6 sierpnia 2014

Rozdział Pierwszy

Jechałam konno po pięknym, zielonym lesie, w otoczeniu zwierząt. Wokół było słychać jedynie dźwięki lasu. Deliora, moja ukochana klacz, nie reagowała na dzikie zwierzęta, które biegały pośród lasu. Było to dość dziwne, ponieważ moja kobyłka zwykle jest dość nerwowa. Zamknęłam oczy i położyłam się na jej grzbiecie, pozwalając, by niosła mnie w siną dal. Byłam w swego rodzaju raju. Chciałabym zostać tam wiecznie.
Nagle moje uszy wypełniło dzwonienie budzika. Otworzyłam oczy szeroko. Moim błękitnym oczom ukazał się szary sufit mojego pokoju. No tak, kolejny piękny sen. Wyjrzałam przez okno, patrząc na stajnię. Była może 6 nad ranem, ale ja jestem przyzwyczajona do wczesnego wstawania. Ubrałam się szybko, założyłam kalosze, bryczesy i jakąkolwiek koszulkę. Zeszłam na dół, ziewając głośno. Wszyscy jeszcze spali. Wypiłam szybko kawę i po chwili biegłam już do stajni, gdzie stała moja kobyła. Gdy tylko uchyliłam drzwi, wpuszczając nieco światła do boksów koni, Deliora już czuwała ze swym czarnym łbem. Zarżała radośnie; zawsze tak reagowała. Dołożyłam jej siana do boksu. Patrzyłam, jak łakomie zżera swoje jedzenie. Rzuciłam jej marchewkę do boksu i poszłam nakarmić Kaniona, który należał do taty, oraz Rapsodię, klacz mamy. Z tego wszystkiego sama zgłodniałam, więc pobiegłam znów do domu. Zjadłam śniadanie, naszykowałam się do szkoły, spędzając w łazience pół godziny. W końcu szkolna gwiazda musi dobrze wyglądać. Poszłam zaraz potem do garażu i wsiadłam na mojego innego konia - mechanicznego. Założyłam kask na głowę i pojechałam do szkoły. Wiele osób, najwięcej chłopaków, zazdrościło mi mojego motocykla. Ale co poradzę, że lubię konie? I te mechaniczne i te żywe. A najlepsze jest to, że dziki pęd mojej maszyny, idealnie układa mi włosy.
Dzień w szkole należał do kolejnych nudnych dni. Kartkówki, sprawdziany... Taka norma. Po kilku godzinach męczarni nadeszła kolej na ostatnią lekcję - chemię. Usiadłam pod klasą, gdy podszedł do mnie Eryk.
-To co, dzisiaj to co zwykle? - spytał, z przebiegłym uśmiechem.
-Oczywiście, nie odpuszczę tej wrednej babie. - mruknęłam.
Zadzwonił tak dobrze nam znany dzwonek. Przyszła nasza chemiczka, idealnie wyprostowana, trzymając dziennik w ręce. Wpuściła nas do klasy, usiadłam w ostatniej ławce, gdy ona się odezwała:
-Panna Annabeth usiądzie dzisiaj w pierwszej ławce.
-Chyba pani śni. - odrzekłam, patrząc na nią spod przymrużonych powiek. Położyłam torbę na biurku i rozpakowałam książki, rzucając je z hukiem.
-Nie zamierzam powtarzać. - powiedziała oschle nauczycielka.
-Ja także. - i usiadłam w ławce. Wyjęłam pilniczek do paznokci i zaczęłam je piłować. Rzecz jasna, robiłam to tylko po to, by ją zdenerwować.
Nienawiść między nami tylko się pogłębiała. Nigdy jej nie polubię.
-W takim razie zapraszam cię do odpowiedzi na środek. Bez poprawy.-odrzekła.
Wstałam godnie z ławki. Przeszłam przez całą klasę, a wszyscy skupili wzrok na mnie i chemiczce.
-Chciałabym zauważyć, że nie pozwoliłam pani zwracać się do mnie na "ty". - odpowiedziałam. Wojna pomiędzy mną a nauczycielką trwała od pierwszego dnia.
Zaczęła mi zadawać pytania na temat chemii. Na wszystko znałam odpowiedź, a raczej znała ją moja ściąga na ręce. Wiedziałam, że pójdę do odpowiedzi, więc się przygotowałam. Udając, że wciąż piłuję te paznokcie, tak naprawdę czytałam odpowiedzi. Naiwna nauczycielka nie zauważyła tego.
-Siadaj. - rzekła w końcu.
-A co dostałam? - zapytałam, z udawaną słodyczą w głosie.
-Piątkę. - wymamrotała wyraźnie zdenerwowana chemiczka. Tak, udało mi się.
Reszta lekcji minęła zwyczajnie, ja miałam ją gdzieś i ona mnie. Gdy zadzwonił dzwonek już mnie nie było w sali.
W szatni złapał mnie Eryk.
-Klasa dziewczyno! - powiedział, uśmiechając się szeroko. - To było epickie!
-Dzięki. - rzuciłam, uśmiechając się lekko. Wyszłam na parking przed szkołą i podeszłam do mojego motocykla. Założyłam kask i już miałam ruszać, gdy dostrzegłam karteczkę, doczepioną do stacyjki. Zmarszczyłam brwi i przeczytałam, co na niej pisze:

"Uważaj, bo Twoja zbytnia pewność siebie kiedyś może Cię zgubić.
~Przyjaciel na wieki, od wieków.

Chwile patrzyłam się na karteczkę. Nie wiedziałam, co o tym myśleć. W końcu podarłam ją i rzuciłam na wiatr. Nie dam się zastraszyć. Odpaliłam motocykl i ruszyłam, przez chwile unosząc przednie koło na pół metra. Chłopaki stali na schodach, wpatrując się we mnie, z podziwem i zazdrością. Dotarłam do domu i odstawiłam pojazd do garażu. Zdjęłam kask, po czym poszłam szybko do domu. Przebrałam się szybko, a potem pobiegłam do stajni. Osiodłałam Deliorę. Wsiadłam szybko na jej grzbiet i pojechałyśmy, byle jak najdalej. W głowie ciągle mi siedziała przestroga, którą dzisiaj otrzymałam. Pozwoliłam mej kobyłce jechać, gdzie chce.
Po 3 godzinach jazdy po polach, musiałam wrócić do domu. Dojechałam w galopie na podwórko. Zgrabnie zeskoczyłam z grzbietu klaczy, którą szybko wyczyściłam i wprowadziłam do boksu, dając jej trochę siana. Nie zauważyłam Kaniona i Rapsodii, więc pewnie rodzice też się wybrali na przejażdżkę. Poszłam do domu, gdzie zastałam jeszcze ciepły obiad. Zjadłam na szybko i poszłam na górę. Na samym środku pokoju była karteczka, przyklejona do kamienia. Podniosłam ją i przeczytałam.

"Oj, oj. Nie ładnie tak ignorować starego przyjaciela"

Przyjrzałam się jej uważnie. Nie była ona wydrukowana, a mimo tego napisana niezwykle staranną kaligrafią.
-Ann, nie panikuj. - mruknęłam cicho. Podarłam karteczkę. Usiadłam na łóżku, zastanawiając się usilnie, kto to mógł być. Przecież nie on... Nie, to by było niemożliwe. A jeśli jednak znalazł sposób... Skarciłam się, że w ogóle mogłam tak pomyśleć. Moje usilne rozmyślania, przerwało pukanie do drzwi.
-Proszę! - powiedziałam, a do pokoju weszła mama.
-Właśnie wróciliśmy z przejażdżki i jedziemy zaraz do sklepu. Potrzebujesz czegoś? - zapytała.
-Nie, dziękuję. - rzekłam i lekko się uśmiechnęłam. Mama wyszła, zamykając drzwi. Po chwili usłyszałam, że rodzice wyjeżdżają spod domu. Patrzyłam się chwilę przez okno. Eh... Jaka szkoda, że oni o niczym nie wiedzą... I chyba nigdy się nie dowiedzą. Położyłam się na łóżku, myśląc o tych karteczkach. Co to u licha ma być?! Nagle usłyszałam jakiś dźwięk. Wstrzymałam oddech i przymknęłam oczy. Ktoś wchodził na górę. Zastanowiło mnie to, że mimo alarmów, on się tu dostał. Złapałam za pierwsze co miałam pod ręką - wypadło na lampkę. Podeszłam bliżej drzwi, które delikatnie się uchyliły. Stanęłam tak, by włamywacz początkowo mnie nie widział. Poczekałam, aż otworzy szerzej drzwi i gdy tylko pokazała się jego głowa, bez patrzenia uderzyłam. Jednak... jednak jedyne co, to uderzyłam w powietrze. Zdziwiłam się i otworzyłam oczy. Przede mną stał chłopak, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Wyglądał na mój wiek, może więcej. Był nieziemsko przystojny.
-Naiwna dziewczyna. Myślałem, że przez te kilka wieków nauczyłaś się czegoś więcej. - mruknął głębokim basem.
-Co... co ty tu robisz? - wyjąkałam, cofając się.
-Nie bój się. Nic ci nie zrobię. - powiedział. Uśmiechnął się lekko, jednak ten uśmiech zmroził mi krew w żyłach.
-Czego chcesz?! - wykrzyczałam, trzęsąc się.
-Jesteś jedną z nielicznych osób, które wiedzą o tym. Dobrze wiesz, o co chodzi. I przy tym jesteś jedyną osobą, która żyje.
-Nic ci nie powiem. - rzekłam, opanowując trzęsące się ręce.
-Nie po to przyszedłem. Chciałem tylko powiedzieć, że w najbliższym czasie będziemy się częściej widywać.
Zmarszczyłam brwi.
-Niby po co mamy się widywać?
-Bo sama nie dasz rady utrzymać tajemnicy. Chyba świetnie się orientujesz, że jeśli ta informacja wpadnie w niepowołane ręce, to może być nieciekawie.
-Wybacz, kilkaset lat już pilnuję jej i jak na razie mi się udaje. Myślę, że pociągnę jeszcze kilka wieków. - oznajmiłam oschle, nabierając pewności siebie.
-Też bym wolał tu nie wracać. - mruknął. - A więc, do zobaczenia.
Po tych słowach rozpłynął się w powietrzu. Rzuciłam lampkę na ziemię i położyłam się na łóżku. Co to w ogóle miało być?! Leżąc i myśląc o tym, zasnęłam.



Łapcie 1. rozdział, a żeby był 2. to poproszę 8 komentarzy :D

sobota, 2 sierpnia 2014

Prolog

Śmierć. Dla ciebie brzmi tak przerażająco, prawda? Że dostaniesz kulkę w plecy. Albo że zaśniesz i się nie obudzisz, a wtedy już nigdy nie pocałujesz miłości swego życia, ani nie wychowasz gromadki bachorów. Ale to nie samej śmierci się boisz. W końcu umieranie to chwila.  Boisz się niepewności, bo w końcu nikt na świecie nie ma pojęcia, co się dzieje potem. Są domysły, że niby idzie się ciemnym tunelem ze światełkiem na końcu. Albo gdy umrzesz, budzisz się jako zwierzę, ewentualnie jako inny człowiek, aby naprawić błędy poprzedniego życia. Słyszałam, także wersję, że po śmierci przechodzisz przez "Sąd Ostateczny" i trafiasz do piekła lub nieba. Bla, bla, bla. Tyle teorii, a wszystkie to kompletna bzdura.
Zapewne jesteś ciekawy, skąd ja to wszystko wiem. Bo przecież jestem kolejną zwykłą dziewczyną z miasta. Ale to tylko pozory, które jak wiadomo, potrafią nieźle zmylić.
Jestem Annabeth, zwą mnie także Ann. Mieszkam z rodzicami w Wrocławiu, w wielkim domu ze stajnią na podwórku. Jesteśmy w sumie kolejną rodziną, która mieszka na przedmieściach. Tak, tej wersji początkowo się trzymajmy. Myślałam, że to będzie tylko moje kolejne życie - szkoła, przyjaciele, wrogowie. Czyli taki standard. Jeszcze nigdy, a musicie mi uwierzyć, że żyję naprawdę długo, nie pomyliłam się aż tak strasznie.
Opowiem ci zaraz, całą moją historię, którą przez wieki trzymałam jedynie dla siebie. Dowiesz się o wszystkim, co się działo po kolei. Ale ćśśś... ty nic nie wiesz, okej?


Aby powstał 1. rozdział musicie mnie zachęcić 5 komentarzami c:

Na początek

Na sam początek chciałabym powiedzieć, że jestem Julka i czasem pisze różne opowiadania, a ten blog będzie poświęcony dla jednego z nich. 
Tytuł bloga wziął się oczywiście od tytułu opowiadania. Czytając następne posty powinno się Wam wszystko wyjaśnić.
Zapraszam do czynnego komentowania postów i wyrażania swoich opinii, zarówno dobrych, jak i tych złych, żebym wiedziała, co mogę zmienić :)