Spałam jak zabita całą noc. A rano... Odwieczne prawo mówi:
"Nic tak nie zrzuca z łóżka o 7, gdy na zegarku jest 8". Trzeba
przyznać, że wyjątkowo trafione, prawda? Dlatego, gdy zauważyłam, która jest
godzina, musiała minąć chwila, zanim uświadomiłam sobie, że właśnie zaczyna się
polski. Z łóżka niemal wyskoczyłam i w pierwszym nawyku chciałam zakładać
kalosze, żeby iść do stajni. Potem uświadomiłam sobie, że nie mam na to czasu,
więc z szafy wyjęłam spodnie i koszulkę, po czym poszłam do łazienki. Gdy wyszłam
z pomieszczenia i schodziłam do kuchni, dotarło do mnie, że przecież jeszcze
muszę obudzić Azazela. Weszłam do tymczasowego pokoju chłopaka. Na palcach
podeszłam do jego łóżka.
-Bu! - powiedziałam do jego ucha, równocześnie łapiąc go za
ramiona.
-Nie śpię już. - wymamrotał. - A poza tym, następnym razem
jak będziesz mnie straszyć, to się nie perfumuj. - dodał nieco głośniej z
uśmiechem.
-Zdajesz sobie sprawę, że właśnie nam mija polski?
-Tak. Zdawałem sobie z tego sprawę, gdy wyłączałem ci
budzik.
-Wyłączyłeś mi budzik?!
-A po co w piątek iść do szkoły. Nie lepiej poleżeć sobie? -
wymamrotał kuszącym, niskim tonem. Wyciągnął ręce i przyciągnął mnie do siebie.
- Proszę cię, Ann... wiem przecież, że nie chce ci się iść do szkoły. - kusił
dalej.
-Ale..
-Nie ma żadnego ale - rzekł i objął mnie ramionami.
-Jest. - wyrwałam się. - Właśnie zaczynają się lekcje i mam
zamiar jechać do szkoły. Z tobą czy też nie.
Wszyscy, którzy mnie znali, wiedzieli, że naukę mam w
głębokim poważaniu. Azazel także to wiedział, dlatego zdziwił się po moich
słowach. W sumie to sama nie wiem, dlaczego akurat teraz zależało mi na
frekwencji. Może po prostu nie chciałam, by sprawy z chłopakiem zaszły za
daleko...
-Annabeth - zaczął, zdezorientowany - nigdy ci tak na tym
nie zależało... - dokończył. Miałam wrażenie, że słyszę urazę w jego głosie.
Usiadł na łóżku, a ja obok niego. Spojrzałam prosto w jego oczy i dostrzegłam
coś dziwnego. Wyjęłam z kieszeni telefon i włączyłam lampę. Zaświeciłam mu
prosto w oczy. 0 reakcji.
-Połóż się. Już. - rozkazałam ostro. Azazel posłusznie się
położył. Przyniosłam z kuchni szklankę wody i niemal wlałam mu tą wodę do
gardła.
-Patrz na mnie. - zrobił to posłusznie. - Co robiłeś w nocy?
Spojrzał na mnie głupio.
-Pytam się! Co robiłeś w nocy?
-Noo...
-Mów! - rzuciłam ostrym tonem.
-Wyszedłem na spacer....
-Jadłeś coś? Albo piłeś?
-Taaak...
-Cholera. - mruknęłam. - Co jadłeś?
-Bułkę....
-W domu?
-Nie... - jego ton coraz bardziej mnie niepokoił.
-Połóż się. - rozkazałam i poszłam po laptopa. Zaczęłam szukać
czegokolwiek o tym, co się mogło z nim dziać. Nic nie pasowało. Odłożyłam
komputer i usiadłam na brzegu łóżka. Chłopak zaczął mnie dotykać ręką i coś
mamrotać.
-Co jest z tobą nie tak? - mruknęłam. Cały czas mnie martwił
jego stan. Schyliłam głowę i zaczęłam się zastanawiać, gdy poczułam nagły
powiew wiatru. Podniosłam wzrok, który od razu spostrzegł karteczkę. Serce
podeszło mi do gardła, jednak wstałam, aby ją wziąć. Zrobiło mi się niedobrze.
"Hej, hej! Tu
znowu ja!
Gratuluję upartości.
Nie dałaś się ponieść emocjom, gdy Azazel się do Ciebie dobierał. Cóż, trudno.
Zapewne się
zastanawiasz, co się z nim dzieje. Mogę Ci powiedzieć, a nawet dać odtrutkę.
Tylko pojaw się sama w południe przy opuszczonym domu Carverów.
Czekam!"
Przez kilka minut wpatrywałam się w karteczkę. Musiałam
oprzeć się o półkę, żeby nie upaść.
Iść? Czy nie iść?
Musiałam iść.
-Leż tutaj, ja idę do stajni.
-Chcę iść z tobą. - oznajmił.
-Masz tu leżeć.
-Z tobą bym mógł. Bez ciebie nie ma mowy.
Westchnęłam.
-Dobra, możesz iść. Ale masz robić wszystko, co ci będę
kazać. Jak nie to siłą cię tu zaciągnę i przywiążę do tego łóżka.
-Tak jest!
Przewróciłam oczami i poszłam do siebie się przebrać. Wyszłam
z pokoju, a chłopak zlustrował mnie wzrokiem.
-Nawet w roboczym stroju wyglądasz seksownie.
Spojrzałam na niego, przewracając oczami. Zeszłam na dół i
wyszłam na świeże powietrze. Azazel posłusznie za mną dreptał, aż do samej
stajni. Ukradkiem zerknęłam na zegarek. Zostały mi 2 godziny do spotkania. Na
samą myśl moje serce szybciej biło.
Zamrugałam kilka razy, wzięłam głęboki wdech i weszłam do
stajni. Od razu usłyszałam radosne rżenie, a najgłośniejsze oczywiście Delliory.
-Hej, młoda. - mruknęłam, głaskając ją po chrapach. -Tak
wiem, dzisiaj później śniadanie, ale cóż... tak wyszło.
Szybko nakarmiłam konie, łącznie z Milordem, który stał na
samym końcu. Azazel cały czas przy nim siedział. Może nawet lepiej...
Wyprowadziłam Dell na zewnątrz, przypinając w międzyczasie
lonżę. Przeszłyśmy kawałek, a ja zaczęłam ją ganiać w koło. Widziałam, że jest
znudzona, dlatego utrudniłam jej nieco zadanie. Ustawiałam jej coraz to wyższe
przeszkody, aż doszło do 1,20
m . Byłam z niej dumna.
Ze stajni wychylił się Azazel. Wpatrywał się, jak pracuję z
klaczą przez bardzo długi czas. Obserwował czujnie, jak powtarzam z nią
sztuczki i figury ujeżdżeniowe.
Gdy skończyłam, uświadomiłam sobie, że zostało mi 10 minut.
Cholera! Samo dojście zajmie mi z 20!
-Azazel... Nie chciałbyś może zająć się swoim koniem? Ja w
tym czasie wybrałabym się na przejażdżkę z Dell... - zaczęłam coś mówić, byle
nie chciał jechać ze mną. A widziałam, jak się wpatrywał we mnie, więc miałam
nadzieję, że będzie chciał również poćwiczyć.
-No dobrze... - mruknął. Szybko wytłumaczyłam mu kilka
rzeczy i bez siodła w galopie opuściłam posesję.
Po kilku minutach zaczęłam dostrzegać moje miejsce docelowe.
Pospieszyłam Delliorę. Dojechałam i tak spóźniona, a do tego spięta.
Zatrzymałam się przy głównej bramie domu.
-Halo? - zawołałam, o dziwo w miarę pewnym głosem.
Rozglądałam się wokół, jednak nikogo nie spostrzegłam.
-Jest tu kto?! - zawołałam jeszcze raz.
Cisza.
Ale tylko na chwilę.
-Oczywiście, kochanieńka! - odpowiedział ktoś, niskim tonem,
z udawaną słodyczą.
Przestraszyłam się nie na żarty. Dziwiło mnie, że klacz stoi
spokojnie. Sam jego ton był przerażający...
-Gdzie jesteś?
-Tutaj. - usłyszałam tuż obok mnie. Odwróciłam się
gwałtownie, dostrzegając przerażające czarne oczy. Zabrało mi dech w piersi.
Przechyliłam się na bok, spadając z grzbietu Dellie na ziemię. Zaczęłam się
czołgać po piachu, byle jak najdalej od tych czarnych tęczówek.
Tajemniczy mężczyzna jednak jednym susem pojawił się obok
mnie i złapał za rękę. Brutalnie mnie podniósł.
-A teraz grzecznie ze mną wejdziesz do środka. - powiedział,
niby spokojnie, jednak i tak miałam wrażenie, że serce zaraz wyskoczy mi z
piersi.
-Ja tu przyszłam jedynie po informacje i odtrutkę...
-Ale myślisz, że to będzie za darmo? - zaśmiał się, jednak
nie był to przyjemny śmiech. Zmroziło mi krew w żyłach. - Pójdziemy, usiądziemy
i porozmawiamy na spokojnie.
Kto jak kto będzie spokojny - przeleciało mi przez myśl.
Nie miałam innego wyboru, musiałam iść. A ostatnie, co
pamiętam, to czarne, przenikliwe oczy, wpatrujące się we mnie...
Zajęło mi to chyba miesiąc, ale nareszcie jest :D
Dzięki wszystkim, którzy się udzielają :)
Następny rozdział dodam jak napiszę i jak będzie kilka
komentarzy ^^